Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skandynawska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skandynawska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2014

"Chińczyk" Henning Mankell

Kryminały Henninga Mankella zawsze są dość charakterystyczne. Kto czytał i zna choć jedną jego książkę, ten wie. Autor bowiem bardzo często to nie na samym morderstwie się skupia, ale przede wszystkim na jego otoczce. Nie inaczej jest z "Chińczykiem". Co może łączyć Chiny ze Szwecją. Okazuje się, że wiele.

W środku zimy w małej szwedzkiej wsi dochodzi do morderstwa. Nie jest to jednak zwyczajna zbrodnia - giną prawie wszyscy jej mieszkańcy, policja znajduje zwłoki okrutnie zmasakrowanych dziewiętnastu osób oraz ogromną ilość zaszlachtowanych zwierząt domowych. Wioska jakby wymarła, tylko trójka osób uchodzi z życiem. Policjanci nie mają żadnego punktu zaczepienia oprócz czerwonej wstążki znalezionej nieopodal w lesie oraz jednej z ofiar - małego chłopca, który nie pasuje do pozostałych - wszyscy mieszkańcy byli bowiem już w podeszłym wieku. Ktoś przyznaje się do zbrodni i zostaje przez policję aresztowany. Zupełnie przypadkiem jednak Birgitta Roslin, sędzia zupełnie niezaangażowana w sprawę, odkrywa, że jest spokrewniona z dwiema ofiarami, jednocześnie nie wierzy w winę człowieka, który siedzi zatrzymany w więzieniu i rozpoczyna własne śledztwo, które w pewnym momencie i za sprawą pewnego pamiętnika zaprowadzi ją daleko od Szwecji, aż do pewnego Chińczyka i jeszcze bardziej odległego Pekinu.

Chiny odgrywają bardzo dużą rolę w powieści Mankella, jak i w życiu głównej bohaterki. A raczej odgrywały, szczególnie w jej młodości, gdy jeszcze jako studentka była pod wrażeniem Mao i jego poglądów. Drugim ważnym bohaterem tej książki są Chiny i ich historia, ta najnowsza, ale i dziewiętnastowieczna. Policja odgrywa więc w "Chińczyku" tylko pośrednią rolę, próbując rozwiązać zagadkę zbrodni na mieszkańcach małej, niezaznaczonej na mapie wioski. Bo tutaj nawet zbrodnia nie liczy się tak, jak w normalnym kryminale - u Mankella często jest to spotykane - tutaj ważniejsze są przyczyny i całe tło historyczne. Chinom autor poświęca zresztą całkiem dużo miejsca. "Chińczyk" tym samym staje się nie tylko kryminałem, ale również powieścią sensacyjną czy nawet obyczajową, zaprowadzi nas nie tylko do Pekinu, ale również przez Pacyfik do Ameryki... odkryje przed nami zupełnie różne, czasem wręcz egzotyczne kultury.

I jak to często z Mankellem bywa - wciąga niemalże od razu. Mimo że policji tak naprawdę jest tu mało, nie ma słynnego Wallandera, a w zamian autor daje nam niejaką Birgittę. Co lub kto by zresztą to nie był, to i tak nie da się w Mankellu nie zaczytać - ja nie potrafię się oderwać od jego powieści i podobnie było z tą. Chociaż Chiny, komunizm, jego historia i poglądy Mao niekoniecznie mnie interesują, to jednak przeczytałam "Chińczyka" bardzo szybko. I mimo że byłam przygotowana i miałam ochotę na zwyczajny kryminał, to zadowolona byłam z tego, co faktycznie dostałam - wielowątkową, wielogatunkową powieść z nietypowym bohaterem, bo jest nim cały kraj i jego ideologia, nie człowiek. To jest właśnie typowe u Mankella. Nawet w jego powieściach o Wallanderze poruszane są tematy polityczne czy społeczne, w "Chińczyku" jednak widać to tak wyraźnie, jak w żadnej książce czytanej przeze mnie do tej pory.

Do twórczości autora trzeba się przyzwyczaić, trzeba ją poczuć, bardzo jednak prawdopodobne, że polubi się ją od samego początku. Mankell tworzy niezwykłe powieści, ja nie zawiodłam się jeszcze na żadnej. Do takiej prozy bez wątpienia trzeba mieć talent i myślę, że nie będzie tu przesadą stwierdzenie, że Henning jest mistrzem w tym, co robi. I jednym moich ulubionych, obok Nessera, autorów szwedzkich kryminałów.

Recenzja również tutaj.

wtorek, 29 kwietnia 2014

"Nieszczelna sieć" Håkan Nesser

Håkan Nesser zdobył moje serce już dawno temu kryminałami z inspektorem Barbarottim w roli głównej. Nigdy nie ukrywałam, że jest to jeden z moich ulubionych autorów w ogóle, a skandynawskich w szczególności (może nawet i bije minimalnie Mankella w tym rankingu). Jednak komisarz Van Veeteren, kolejny popularny bohater Nessera w dalszym ciągu jest mi zagadką niż. W zasadzie dopiero zaczęłam go poznawać - najpierw za sprawą powieści pt. "Punkt Borkmanna", czytanej jakiś czas temu, teraz - "Nieszczelnej sieci", która to jest pierwszym tomem o śledztwach Van Veeterena.
Pewnego ranka nauczyciel historii i filozofii w miejscowym gimnazjum, Janek Mattias Mitter budzi się skacowany po wypiciu sporej ilości alkoholu. W łazience, w wannie znajduje swoją niedawno poślubioną żonę Evę, brutalnie zamordowaną. Nie wie, co się stało. Ostatnim jego wspomnieniem z minionego wieczoru jest wspólna kolacja i picie wina, jednak nic więcej. Chociaż nie pamięta, czy to on zamordował żonę, jest pewien, że tak naprawdę nic go z tym nie łączy, a prawdziwy sprawca po prostu wszedł nocą do domu i zabił Evę. Janek jest jednak głównym podejrzanym i zostaje postawiony przed sądem. Komisarz Van Veeteren jednak nie jest przekonany o jego winie, wręcz przeciwnie, wyczuwa w niej jakieś drugie dno. Wraz z kolejnymi ofiarami odkrywa prawdę, której nie spodziewał się nikt...
Jak już pisałam, Nessera uwielbiam i uwielbiać będę, a kolejna jego książka tylko mnie w tym utwierdza - ta nie jest wyjątkiem. Po raz któryś z kolei potrafił zainteresować mnie od pierwszych stron. Powieści, która nie jest zbyt gruba, nadał takie tempo, które sprawia, że jesteśmy ją w stanie przeczytać w dwa wieczory, chociaż nic tu nie dzieje się ani za szybko, ani za wolno. I przede wszystkim wszystko wydarzy się w swoim czasie. Ale... z czego Nessera kocham najbardziej i co czuć od razu, gdy weźmie się do ręki jego serię o Barbarottim, a o Veeterenie trochę mniej, to... klimat. Tajemnica wisząca w powietrzu, jakaś nieokreślona niewiadoma, ale unosząca się cały czas blisko nas, której jednak nie sposób uchwycić od razu, trzeba się sporo namęczyć. W "Nieszczelnej sieci" ten tajemniczy klimat znowu się pojawia, charakterystyczny jak dotąd tylko dla tego autora (bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym przy żadnym innym). Może mniej go jest niż w Kymlinge, gdzie rezydował Barbarotti, ale jest, daje o sobie znać.
Van Veeteren też jest różny od Barbarottiego. Na pierwszy rzut oka w ogóle nie daje się lubić - facet w średnim wieku, wiecznie grzebiący w zębach wykałaczką, zamyślony, a przy tym gbur, apodyktyczny, niemiły, z którym współpracownicy raczej wchodzą w kontakty tylko wtedy, kiedy muszą. Jednak mimo wszystko łączy go z czytelnikiem jakaś nic sympatii, którą w zasadzie trudno jest wytłumaczyć. Ja go polubiłam, chociaż inne to jest "lubienie" niż w przypadku Barbarottiego. Tego ostatniego się lubi, bo inaczej nie można, przede wszystkim za poczucie humoru, za zalety; Van Veeterena natomiast pomimo wad. A może właśnie za te wady i niechęć do otoczenia?...
"Nieszczelna sieć" to jedna z pierwszych powieści Nessera. Ale to nic nie znaczy, bo gdy autor ma talent, to będzie go miał zarówno w pierwszej napisanej książce, jak i w ostatniej. Jest to również pierwsza powieść o tym komisarzu, druga, którą miałam okazję czytać. Na Håkanie naprawdę jednak trudno się zawieść. Mnie nie rozczarował jeszcze nigdy, wręcz przeciwnie, zawsze zaskakuje czymś nowym. Takich autorów jest mało, najważniejsze jednak, że są i że mamy przyjemność czytać ich powieści.

Recenzja również tutaj.

piątek, 15 listopada 2013

Arne Dahl "Msza żałobna"

O tym, że szwedzkie kryminały czyta się głównie dla tego społecznego komentarza w tle, nie trzeba nikomu przypominać. O tym, że w tychże kryminałach zbrodnia zwykle bierze swe początki w problemach nękających współczesnych Szwedów, to też już banał. Tym razem jednak Arne Dahl poszedł o krok dalej – i wylądował jedną nogą w Iraku, a drugą w Stalingradzie.

W siódmym tomie cyklu o Drużynie A nieco zmieniona w składzie, ale wciąż niezawodna śmietanka szwedzkiej policji otrzymuje szczególne zadanie – wraz z przełożonymi i ekspertami wchodzą w skład sztabu kryzysowego, gdy dwaj zamaskowani mężczyźni barykadują się w banku z zakładnikami, grożąc wysadzeniem całej dzielnicy. Dodatkowym elementem, czyniącym zadanie jeszcze trudniejszym, jest fakt, iż jednym z zakładników jest osoba bliska niektórym członkom drużyny. W trakcie działań grupy szybkiego reagowania ma miejsce incydent, który włącza w obręb działań wydział spraw wewnętrznych i byłego członka Drużyny – Paula Hjelma. Drużyna A i BSW muszą razem rozwikłać szaradę, która początkowo zdawała się być zwykłym rabunkiem.

Dahl w Mszy żałobnej prowadzi bardzo ciekawe rozważania na temat wojny. Wojna jest obecna wszędzie, jest obserwowana w telewizji, czytamy o niej w dzienniku z czasów drugiej wojny światowej, zaś wojny można zaobserwować nawet między tymi, którzy winni stać po tej samej stronie prawa. W powieści będą też mniej lub bardziej odległe w czasie historie rodem z zimnej wojny, i wreszcie będą małe wojny małżeńskie. Wszystko, co się tutaj wydarzy, związane jest z jakąś wojną, a wszystkie polityczne wojny toczą się o jeden i ten sam surowiec – ropę.

Autor bardzo zmyślnie łączy wszystkie pozornie poszarpane wątki, romansując całkiem udanie z powieścią sensacyjną i szpiegowską, nie zatracając dobrze znanego z poprzednich tomów kryminalnego charakteru. I mimo iż całość pokryta jest szwedzkim, marcowym mrokiem, jest tu też miejsce na trochę humoru, trochę miłości i trochę przyjaźni. I to czyni tą powieść wyjątkową.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Msza żałobna
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013-11-14

Cykl o Drużynie A:
1.       Misterioso
2.       Zła krew
3.       Na szczyt góry
4.       Europa blues
5.       Wody wielkie
6.       Sen nocy letniej

7.       Msza żałobna

wtorek, 8 października 2013

"Krew, którą nasiąkła" Åsa Larsson

Åsa Larsson to kolejny - po znanych wszystkim miłośnikom kryminałów Mankellu, Nesserze, Läckberg - przedstawiciel szwedzkiego kryminału. Jej książki są ostatnio dość popularne, więc była to tylko kwestia czasu, jak znajdzie się i na mojej półce. Nie muszę chyba już nikomu przypominać, że kryminały uwielbiam, musiałam więc poznać i tę autorkę.
"Krew, którą nasiąkła" to druga powieść autorki, która zanim została pisarką, tak samo jak jej główna bohaterka Rebeka robiła karierę jako prawniczka zajmująca się podatkami. Akcję swojej książki umieściła w Kirunie, miejscowości na północy Szwecji, w której zresztą się wychowała. Na tym jednak kończą się podobieństwa z rzeczywistością, a zaczyna fikcja literacka.
Niedaleko Kiruny w okrutny sposób zostaje zamordowana tamtejsza kobieta-pastor. Ofiara zostaje odnaleziona we własnym kościele. Mildred przez niektórych była lubiana, przez innych krytykowana za swoje dość kontrowersyjne poglądy i walkę o prawa kobiet. Oprócz przyjaciół miała więc także wrogów, więc odnalezienie mordercy wcale nie jest takie proste. Przez jakiś czas śledztwo wręcz stoi w miejscu, by ruszyć w momencie, gdy do Kiruny przyjeżdża Rebeka Martinsson - prawniczka, niemogąca sobie poradzić z tym, że kilka miesięcy temu, w obronie własnej zabiła trzy osoby. Mająca przerwę w pracy, niekoniecznie interesująca się tym, co się dzieje na świecie Rebeka nie ma pojęcia o tym, że niedaleko miejsca, w którym się wychowywała, zostało popełnione morderstwo. Nie przypuszcza również, że sama wplącze się w tę sprawę, a wyplątać się wcale nie będzie tak łatwo...
 



niedziela, 28 lipca 2013

"Śmierć letnią porą" Mons Kallentoft

Słyszeliście o Stiegu Larssonie? Henningu Mankellu? Camilli Läckberg? Oczywiście, większość z Was pewnie dobrze skojarzy te nazwiska ze skandynawskimi autorami kryminałów. Mogę się jednak założyć, że większość z Was nie słyszała nazwiska Monsa Kallentofta, prawda? Ja sama nie znałam go wcześniej, a biorąc do ręki tę książkę, nie wiedziałam nawet, że to kryminał. Choć muszę przyznać, że okładki jego książek są dość specyficzne i wpadły mi już kiedyś w oko, do tej pory jednak nie skojarzyłam ich z tym właśnie autorem.

Pewnego dnia, w parku tuż obok placu zabaw ktoś zauważa błąkającą się czternastoletnią dziewczynę... jest naga, ma wyraźnie odznaczające się krwawe rany i jest nienaturalnie blada... ktoś dzwoni na policję. Znaleziona nastolatka jednak nic nie mówi. Widać jednak, że została zgwałcona, okaleczona i... z dokładną starannością wymyta klorinem, środkiem czyszczącym. Ktoś ewidentnie zadbał o to, aby nie zostawić najmniejszych śladów. Komisarz Malin Fors, trzydziestoparoletnia policjantka nie jest w stanie skłonić dziewczyny do mówienia, dopiero w karetce dziewczyna wyjawia swoje imię i nazwisko, nic więcej. Następnego dnia mówi więcej, nie pamięta jednak, co się wydarzyło. Dzień później ginie inna dziewczynka - rodzice niepokoją się o córkę, która nie wróciła do domu. Po kilku dniach jednak zostaje znaleziona martwa, zakopana pod drzewem w miejscu dość licznie odwiedzanego kąpieliska. Ma podobne rany co poprzednia dziewczyna, jest również tak samo trupio blada. Kim jest morderca i dlaczego poprzednią dziewczynę wypuścił, a drugą zabił? I czy córce Malin, również czternastoletniej, Tove, będzie grozić takie samo niebezpieczeństwo?... Śladów jest mało, zero dowodów, jak odnaleźć mordercę?

Cóż, już sam opis fabuły tej powieści jest dość mocno intrygujący, prawda? Nie trudno zgadnąć, że to Skandynawia. Do tego - o dziwo - okrutnie gorąca. W Szwecji panują bowiem upały i te upały czuć na kartkach tej książki - nie wiem tylko, czy dlatego, że autor tak wspaniale potrafił stworzyć i opisać klimat tej książki (pisząc 'klimat' mam tu na myśli oba znaczenia), czy po prostu ostatnimi czasy taka sama pogoda panuje również u nas, mogłam więc wczuć się w tę książkę jak nigdy... tego nie wiem. Czytając jednak tę powieść, nie jest wcale trudno uwierzyć w to, że również w Szwecji mogą panować trzydziestokilkustopniowe upały.

Specyficzny jest jednak, i to widać już od pierwszych zdań, język tej książki. Po pierwsze - nie często spotyka się powieści, w których zdania często są niedokańczane, bezosobowe - nierzadko są one nawet zastępowane równoważnikami zdań... bez czasowników. Na początku dziwnie się to czyta i trudno trochę było mi się do tego przyzwyczaić. Po drugie - narrator do wszystkiego praktycznie podchodzi dość filozoficznie, używa często porównań, rozważa, rozmyśla... To również zbija czytelnika z tropu. Mons Kallentoft jednak chyba miał w tym wszystkim swój cel, kreując swój język powieści właśnie w ten sposób - interpretatorką nie jestem i nie będę wnikać, dlaczego, jest w tym jednak coś specyficznego, innego oryginalnego, co czyni książkę bardziej dramatyczną, prawdziwą, ale i bardziej klimatyczną. Muszę jednak wspomnieć, że nie każdemu to przypadnie do gustu - sami musicie sprawdzić na własnej skórze, czy proza Kallentofta Wam odpowiada, ja chyba nie mam nic przeciwko.

Trzeba przyznać jednak, że fabuła tej książki jest naprawdę ciekawa i intrygująca. Główna bohaterka, pani inspektor, chociaż na początku wzbudza w czytelniku tylko i wyłącznie obojętność, to gdy ją poznamy lepiej, na pewno się to zmieni na jej korzyść. Ja ją polubiłam. Również ze względu na to, co dzieje się równolegle do sprawy morderstwa, a co dotyczy bezpośrednio Malin - jej problemy, rozterki i życie osobiste. Tego też nie zabraknie i chyba nawet jest to równie ważne, jak cała zagadka kryminalna. A książka ta jest ponoć jedną w wielu o pani komisarz. 

Cóż mogę powiedzieć - "Śmierć letnią porą" jest pierwszą powieścią autora, która wpadła w moje ręce, ale uważam, że warto na tego pisarza zwrócić uwagę. Pisze specyficznie, ale warto spróbować. Ja na pewno jeszcze do niego wrócę. Poza tym znowu sprawdza się fakt, że skandynawscy autorzy są warci spędzonego nad ich książkami czasu. Kolejny tytuł to potwierdza.

Recenzja opublikowana również na moim blogu.

niedziela, 19 maja 2013

"Morderca bez twarzy" Henning Mankell

O mojej sympatii do skandynawskich kryminałów i autorów pisałam już Wam nie raz i w tej kwestii nic się jak na razie nie zmieniło. Jednym z wartych uwagi pisarzy szwedzkich jest Henning Mankell, z którego twórczością też już nie raz miałam do czynienia. Nie miałam jednak przyjemności poznać jego serii kryminalnej, z której przecież Mankell najbardziej zasłynął – serii z komisarzem Kurtem Wallanderem. Aż do teraz.

„Morderca bez twarzy” jest pierwszą częścią tej serii. Jak się przedstawia sama fabuła tej książki? Jak to kryminał, mamy morderstwo. Ale morderstwo nie byle jakie – zmasakrowane ciało sąsiada znajduje emeryt, mieszkający niedaleko, znajduje również jego żonę, która, co prawda jeszcze żywa, jest na granicy śmierci. Sprawa trafia w ręce Kurta, a kobieta jest jedyną drogą do poznania prawdy i odnalezienia mordercy. Jednak żona ofiary trafia w ciężkim stanie do szpitala i lekarze niestety nie są w stanie jej uratować – tuż przed śmiercią wypowiada jednak kilkakrotnie jedno słowo: „zagraniczny”. Policja traci więc jedyną osobę, która znała mordercę, a to, co powiedziała na łożu śmierci nic im nie mówi – cała sprawa jednocześnie przyjmuje nowy wymiar, bo od teraz ofiary są dwie. Kurt podejrzewa, że „zagraniczny” może znaczyć tyle, że sprawcami byli cudzoziemcy, z którymi sam komisarz już i tak ma niemałe problemy – po nocach wydzwania bowiem do niego anonimowa osoba, która grozi, że zrobi porządek z imigrantami. Wkrótce też Wallander będzie miał na głowie i trzecią ofiarę.

Spodziewałam się po Mankellu kolejnego świetnego kryminału i nie zawiodłam się na nim ani przez chwilę. Książka jest naprawdę dobra, ciekawa i intrygująca. Mankell ma to do siebie, że w swoich powieściach porusza również społeczne problemy dzisiejszego świata i tutaj jest podobnie. Watek kryminalny i okrutne morderstwo zahacza również o temat imigrantów i uchodźców, starających się o azyl w Szwecji. Komisarz Wallander ma do rozwiązania więc nie tylko zagadkę masakrycznego morderstwa dwóch osób, ale będzie się musiał uporać również ze sprawami imigrantów, którzy jak się okazuje, mają wielu wrogów w tamtejszym społeczeństwie.

Ale to nie będzie koniec rozterek głównego bohatera. Jak wspomniałam wcześniej, jest to pierwsza część serii z Kurtem Wallanderem w roli głównej, a jego samego poznajemy w niezbyt ciekawym momencie jego życia, bo praktycznie tuż po rozstaniu z żoną i rozwodzie, a jakby tego było mało, nie ma najlepszego kontaktu z córką, a ojciec, cierpiący na sklerozę, przysparza mu nie lada problemów. Nie jest to więc idealny bohater i dzięki Mankellowi za to, bo tym samym czyni go to bohaterem realistycznym, który nie jest wszechmocny, a tym samym takim, który wzbudza w nas dzięki temu sympatię i niekiedy współczucie. Nie układa mu się bowiem najlepiej, w niektórych sprawach jest, można by powiedzieć, nawet nieudacznikiem, nie przeszkadza mu to bynajmniej w tym, aby być dobrym policjantem. Bo takim bez wątpienia jest, chociaż morderstwo, które Kurt ma co rozwiązania łatwą zagadką nie będzie. Ale to charakterystyczna cecha prawie wszystkich kryminałów, a już na pewno powieści Mankella.

Od dawna miałam ochotę na tę serię i jak widać, intuicja w tej kwestii mnie nie zawiodła. Teraz spokojnie mogę sięgnąć po dalsze części przygód komisarza Wallandera wiedząc, że jest to coś, co z pewnością przypadnie mi do gustu. Bez wątpienia ciągnie mnie do serii kryminalnych i pewnie to się w najbliższym czasie nie zmieni. I myślę, że nie trzeba tej książki (jak i całej serii) zbytnio chwalić, miłośnicy kryminału (szczególnie skandynawskiego) i tak pewnie od dawna ją znają chociażby ze słyszenia, albo mają ją w planach. Mankell jest naprawdę świetnym pisarzem i warto zwrócić na niego uwagę.

Recenzja opublikowana również na moim blogu. 

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Niewypowiedziany" Mari Jungstedt

Niewypowiedziany to drugi tom cyklu kryminałów autorstwa Mari Jungstedt, który polubiłam w zeszłym roku.
Tym razem powieść obraca się wokół trzech wątków. Wiodącym jest śledztwo w sprawie morderstwa, którego ofiarą padł przedstawiciel lokalnego establishmentu, powiedzmy, menelskiego. Henry Dahlstrom wkrótce po wygraniu sporej sumy na wyścigach zostaje znaleziony martwy w ciemni, którą urządził w piwnicy zamieszkiwanej przez siebie kamienicy. Początkowo policjanci, znani już czytelnikowi z tomu pierwszego, koncentrują się na pieniądzach, jednak po pewnym czasie dochodzi do ujawnienia innych prawdopodobnych motywów zbrodni. Jednocześnie poznajemy czternastoletnią Fanny, córkę alkoholiczki, którą ciężkie życie, brak zainteresowania ze strony rodziny i nauczycieli, doprowadzi do tragedii.
Trzecim wątkiem jest zwykły romans mężatki Emmy, i dziennikarza Johana. Tą parę czytelnik poznał już w tomie pierwszym, kiedy to obie postaci miały kardynalne znaczenie dla całej fabuły. W tej części oboje powracają, i miałam wrażenie, że są przypięci do tej powieści na siłę, a połączenie wątku romansowego i kryminalnego książki jest szyte bardzo grubymi nićmi. O ile pierwsze dwie historie wciągają od samego początku, i do ostatnich stron trzymają w napięciu, a autorka przygotowała kilka ciekawych zwrotów akcji, o tyle wątek miłosny jest nudny i irytujący. Generalnie nie mam dużej tolerancji dla zdradzających małżonków, ale niektórzy autorzy potrafią stworzyć takie postacie, które mimo ich wad lubimy i zaczynamy im kibicować, niezależnie od naszego stosunku do ich życiowych wyborów. Emma i Johan są natomiast pustymi, egoistycznymi i płytkimi bohaterami, których nie polubiłam i dla których nie byłam w stanie wykrzesać odrobiny współczucia czy zrozumienia. Za ten wątek obniżyłam ocenę o jeden stopień, a sposób zakończenia go, wskazujący na to, że duet E&J powróci w kolejnych częściach, trochę osłabił mój entuzjazm co do całej serii. Jednak z klei sympatia do Knutasa (:D) i jego współpracowników chyba przezwycięży i będę kontynuowała lekturę kolejnych tomów.
Podsumowując, Jungstedt potrafi stworzyć ciekawą fabułę kryminalną i nietuzinkowych policjantów, którzy odznaczają się na dosyć już licznej mapie szwedzkich gliniarzy znanych nam ze skandynawskich kryminałów. W piękny i sugestywny sposób opisuje też Gotlandię,  atmosfera powieści jest ponura, ale nie tak mroczna i przerażająca jak w poprzednim tomie . Niestety, kiedy zabrała się za pisanie romansidła, na siłę wtłoczonego w kryminalną serię (coś w stylu – kup kryminał, romans gratis), nie poszło jej już tak dobrze. Mimo to polecam tą serię wielbicielom skandynawskich historii kryminalnych, bo czyta się te powieści szybko, lekko i bez potrzeby głębszej refleksji.
Moja ocena: 4/6
Mari Jungstedt Niewypowiedziany
Tłum. Magdalena Landowska
Wyd. Bellona
Warszawa 2010

wtorek, 2 kwietnia 2013

"Wody Wielkie" Arne Dahl

Na każdy kolejny tom cyklu o Drużynie A czekam z wytęsknieniem. Od ostatniego, czwartego, minął już ponad rok, i gdy powoli traciłam nadzieję na dalszy ciąg przygód sztokholmskich policjantów, Czarna Owca przyszła mi z pomocą i wydała tom piąty. Jak dotąd chyba najlepszy ze wszystkich.

Drużyna A to tak naprawdę Specjalna Jednostka Policji ds. Zwalczania Przestępczości Międzynarodowej. W jej skład wchodzi 7 policjantów i ich przełożony, Jan-Olov Hultin. Drużyna A to nieformalna nazwa nadana im jeszcze w tomie pierwszym (właściwie nikt nie wie dlaczego), powołana do przejmowania spraw, w których występuje wątek międzynarodowy. W tym tomie część z bohaterów, Paul i Kerstin, zostaje poproszona przez wydział wewnętrzny o przesłuchanie policjanta uwikłanego w tajemniczą strzelaninę, w której zginął nielegalny uchodźca z RPA. Okazuje się, że policjant ten był niegdyś narzeczonym Kerstin. Z kolei pozostali członkowie Drużyny zajmują się sprawą tajemniczego seryjnego mordercy, który w liście samobójczym wyznaje, że od lat zajmował się zabijaniem ludzi w całej Europie. Wkrótce obie sprawy znajdą swój wspólny mianownik.
Od początku mojej przygody z Arne Dahlem zastanawiam się, co jest takiego szczególnego w jego książkach, że tak bardzo je lubię. Wiele z tych przyczyn wyklarowało się teraz, w czasie lektury Wód wielkich. Przede wszystkim wielość głównych bohaterów. Dahl nie poszedł drogą wybraną przez większość autorów, i nie stworzył jednego, wiodącego bohatera i pomocników wokół niego. Poszedł raczej drogą nowoczesnych seriali kryminalnych, gdzie poznajemy od razu kilku równoprawnych bohaterów, ich historie, zdolności, charaktery, którzy nawzajem się uzupełniają. Dzięki temu powieść jest wielowymiarowa i wielowątkowa, nie ma miejsca na nudę. Każdy z bohaterów bowiem jest zupełnie inny, mamy tu galerię postaci tak odmiennych, że aż cud, że są w stanie pracować razem. I mimo iż każdy z nich ma wady, to polubiłam ich wszystkich (wyobraźcie sobie moje rozczarowanie, gdy okazało się, że mieszkałam w hostelu oddalonym o kilka przecznic od domu Kerstin Holm, i o tym nie wiedziałam!).
Drugim elementem jest sama fabuła. Książki Dahla to nie są po prostu kryminały, nie można ich zamknąć w ramach jednego gatunku. Dostajemy zatem coś, co jest jednocześnie kryminałem, sensacją, czasem horrorem, czasem groteską, trochę książkę przygodową, czasem historyczną, czasem psychologiczną, z komentarzem społecznymi i politycznym. Dahl umiejętnie żongluje tymi gatunkami w ramach każdego tomu, tworząc wrażenie, że zbrodnia nigdy nie jest po prostu oderwanym od rzeczywistości zjawiskiem, jest połączona z każdą sferą życia współczesnego społeczeństwa.
Z tym wiąże się język, który czasem służy tylko do raportowania, innymi razem tworzy barwne opisy miejsc, by przerodzić się w głęboki, psychologiczny opis, sprowadzić ciemność na umysł czytelnika, tylko po to, by następnie oświetlić go żartem, którego nikt by się nie spodziewał. Za ten język Dahl jest z resztą czasem krytykowany, jednak zauważyłam, że przez fakt iż „Wody wielkie” są tłumaczone przez kogoś innego niż poprzednie tomy, język powieści jest bardziej zrozumiały. W poprzednich książkach były momentami urwane myśli, czy gry słów, których nie rozumiałam. Myślałam, że to taki styl autora, ale teraz widzę, że był to chyba niedostatek tłumaczenia. Ze względu na liczne gry słów, półsłówka, idiomy, przysłowia i cytaty, książki te są pewnie fatalne do tłumaczenia, ale wydaje mi się, że pan Kędzierski wyszedł z tego z tarczą, a nie na  tarczy.
Polecam wszystkim zapoznanie się z serią od początku, gdyż wiele wątków znajduje swój początek w poprzednich tomach, a tych, którzy już znają Drużynę A, mogę zapewnić, że i tym razem nie będziecie się nudzić.
Moja ocena: 6/6
Arne Dahl Wody Wielkie
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013
Recenzję opublikowałam również ma swoim blogu.

"Powrót nauczyciela tańca" Henning Mankell

Henning Mankell praktycznie od pierwszej przeczytanej książki stał się jednym z moich ulubionych autorów. Dlaczego? Bo niewątpliwie ma talent do tego co robi, czyli do pisania kryminałów, robi to znakomicie. A jak się okazuje, nie tylko do powieści kryminalnych, bowiem na jego koncie znajdują się również inne książki, łącznie z tymi dla dzieci i młodzieży. Za co jeszcze go lubię? Za to, że podejmuje w swoich książkach tematy dość kontrowersyjne, niecodzienne, ale ważne.

Podobnie jest z „Powrotem nauczyciela tańca” – jest to typowy kryminał w stylu Mankella (chociaż ja wciąż przeczytałam ich za mało, ale mam nadzieję to w tym roku nadrobić). Jest jesień 2009 roku, Szwecją wstrząsa morderstwo emerytowanego oficera policji, Herberta Molina. Herbert mieszkał samotnie na odludziu, od kilkudziesięciu lat cierpiał na bezsenność, pewnej nocy jednak umiera w męczarniach. Herbert był miłośnikiem tańca, jednak nic nie tłumaczy krwawych śladów układających się w kroki tanga, które zostawił w jego domu morderca. Śmiercią Molina interesuje się jego były kolega z pracy, Stefan Lindman. Stefan jest aktualnie na zwolnieniu lekarskim, ma więc czas na to, aby przybliżyć się trochę do śledztwa. Sprawa jednak się komplikuje, gdy podobnie jak Herbert, ginie jego sąsiad… Okazuje się, że aby rozwiązać zagadkę, policja musi cofnąć się wstecz aż do drugiej wojny światowej – to tam tkwi odpowiedź na większość pytań.

Henning Mankell do tej pory znany był przede wszystkim ze swojej serii kryminalnej z Kurtem Wallnanderem w roli głównej. Ta książka jednak nie ma z nim nic wspólnego. To młody 37-letni policjant, przebywający obecnie na urlopie zdrowotnym, gra tutaj główną rolę. Stefan jest chory na raka – co prawda jeszcze we wczesnym stadium, niedługo zacznie leczenie – mężczyzna jednak wie, że to jeszcze nie jest czas na jego śmierć. Jednocześnie boi się, nie mając pojęcia, jak to wszystko się naprawdę potoczy – mimo zapewnień lekarki, że ma wielką szansę na wyzdrowienie, tak naprawdę nic nie wiadomo… Mężczyzna więc, aby w pewnym sensie odegnać od siebie widmo choroby i śmierci, angażuje się w śledztwo w sprawie morderstwa jego dawnego kolegi, Herberta Molina. Lubię tego skandynawskiego autora również za bohaterów – potrafi ich nakreślić znakomicie, w ten sposób, że nawet przez chwilę nie wahamy się, czy ich polubić czy nie, dzieje się to samoistnie. Oczywiście mowa o „dobrych” bohaterach, bo jak to bywa w każdym kryminale, nie brakuje też tych złych. Ale czy tak do końca naprawdę złych?...

Okazuje się, że niezupełnie, Mankell przybliża nas bowiem również do mordercy Molina. Osoby, która, jak się okazuje, miała powód, aby zrobić to co zrobiła, i tym samym dzieje się coś niesamowitego – zaczynamy tę osobę po prostu rozumieć, przynajmniej się staramy. I nawet to, że jest to zły człowiek, u Henninga Mankella nie do końca tak jest. Nie jest również niespodzianką to, że szybko poznamy sami mordercę Molina – tutaj raczej chodzi nie o sam fakt odnalezienia winnego, ale o to, co go pociągnęło do takiego, a nie innego działania. Ważniejsze jest więc pytanie: „dlaczego” a nie „kto”.

Autor podjął w „Powrocie nauczyciela tańca” dość ciekawy temat, a mianowicie wątek nazistowskiej przeszłości niektórych z bohaterów i rodzącego się po wojnie neonazizmu. Stefan odkryje tajemnice z przeszłości swojego dawnego znajomego, stanie się to jednak początkiem czegoś, czego główny bohater z pewnością nie będzie się spodziewał… Sam ten temat, sięgający swoją historią do drugiej wojny światowej i samego Hitlera, jest niezwykle ciekawy, a że ja lubię powieści, w których choć trochę jest historii, ta książka naprawdę mi się podobała. Ale i to nie wszystko, co mnie tu urzekło, bowiem zaangażowanie się w zagadkę osoby spoza grupy, która bezpośrednio się tym zajmuje, jest początkiem niezwykłej przyjaźni Stefana z policjantem Giuseppe’m, który prowadzi całe śledztwo. Pierwszą rolę bez wątpienia jednak gra tutaj Stefan, który pomaga policji w ujęciu winnego.

Cóż, jest to znakomita książka dla miłośników kryminałów, bo to naprawdę dobra powieść, tak jak dobrym pisarzem  jest Henning Mankell. Na pewno jest to coś dla miłośników samego autora i fanów jego wcześniejszego bohatera, Kurta Wallandera. Kryminały Mankella są specyficzne, jest w nich zawsze ta tajemnica, jest mroźny i mroczny skandynawski klimat, autor ma swój własny styl, za który ogromnie go cenię. Henninga będę więc polecać każdemu, zawsze i wszędzie.
 
Recenzja opublikowana również na moim blogu.

środa, 30 stycznia 2013

Kamieniarz - Camilla Läckberg

Dość długo czekałam na kolejną część sagi kryminalnej Camilli Läckberg. Nie było jej w żadnej bibliotece, a jakoś nie po drodze było jej na moją półkę również w żaden inny sposób. W końcu jednak się doczekałam i „Kamieniarz” nie musiał długo czekać na swoją kolej. Wzięłam się za czytanie niemalże od razu, spragniona jakiegokolwiek kryminału.

Akcja kolejnej części sagi kryminalnej Camilli cały czas toczy się we Fjällbace. W pewien październikowy poranek rybak Frans Bengtsson wyławia z morza zwłoki siedmioletniej dziewczynki. Patrik Hedström po dotarciu na miejsce od razu rozpoznaje dziecko – jest to córka przyjaciółki Eriki. Na początku śmierć Sary wydaje się zwykłym wypadkiem, sekcja zwłok jednak wykazuje w płucach i żołądku dziewczynki słoną wodę z dodatkiem mydła. Wygląda na to, że ktoś utopił dziecko w wannie i wrzucił do morza. Kto mógł zamordować Sarę i dlaczego, czym zawiniła mała? Patrik zrobi wszystko, aby odpowiedzieć na to pytanie – śmierć dziewczynki dotknęła go osobiście, sam bowiem od niedawna ma córkę.


Camilla Läckberg odnosi sukcesy nie tylko w Szwecji, ale praktycznie na całym świecie, dzięki swoim powieściom – i słusznie, bo na to zasłużyła. Nie bez powodu jest nazywana królową skandynawskiego kryminału. Powiem szczerze, że i ja dałam się porwać jej książkom. Nie od dziś jestem wielkim fanem kryminałów, tych wywodzących się spod pióra skandynawskich pisarzy może trochę krócej, co nie zmienia faktu, że je uwielbiam i nie żałuję, że jakiś czas temu postanowiłam sięgnąć po tę sagę. Od niemalże pierwszej części stała się ona jedną z moich ulubionych.


Podoba mi się w powieściach Läckberg to, że nie są to stuprocentowe kryminały, ale również powieści obyczajowe, opowiadające o ich bohaterach, śledzące ich perypetie, problemy i małe szczęścia. Saga Camilli doskonale przedstawia życie na szwedzkiej prowincji. Mamy tu więc nie tylko zagadkę kryminalną do rozwiązania, zresztą dość zawiłą i nieprzewidywalną, ale również kolejne losy Eriki i Patrika oraz ich bliskich. Sam wątek kryminalny jest skonstruowany tak, jak lubię – autorka powoli, w odpowiednim tempie stopniuje napięcie, ujawnia kolejne sekrety, ale niczego nie jesteśmy w stanie przewidzieć praktycznie do ostatniej strony. Pisarkę lubię też za to, że potrafi samym zakończeniem zachęcić nas do kolejnego tomu swojej sagi. „Kamieniarz” bowiem kończy się tak, że nie sposób nie sięgnąć po następny tom, „Ofiara losu”.


Tutaj dodatkowo mamy równolegle opowiadaną historię sprzed kilkudziesięciu lat – każdy kolejny rozdział zaczyna się narracją, która oddaje nam wydarzenia najpierw z lat dwudziestych, później pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie dzięki tym wydarzeniom doszło do tego, do czego doszło – jednak bezpośredni związek z teraźniejszymi wydarzeniami i tak poznamy na samym końcu. Choć początkowo nie wszystko jest dla nas jasne, wszystko robi się coraz wyraźniejsze wraz z kolejnymi rozdziałam powieści. Kolejne losy Agnes i Andersa są równie intrygujące, co sama zagadka śmierci Sary – śledziłam je z takim samym, jeśli nie nawet większym zainteresowaniem.


Jeśli jeszcze nie znacie powieści skandynawskiej autorki, jak najbardziej zachęcam do ich poznania. Zachęcam również do tego, aby książki Camilli czytać po kolei – chociaż wątek kryminalny w każdej z nich jest niezależny i niezwiązany z poprzednimi, to jednak losy bohaterów już nie – te już są ze sobą powiązane. Pisarka jednak jak najbardziej zasłużyła sobie na swój sukces, a fanów kryminałów z pewnością nie muszę do niej zachęcać. Ja nie mogę doczekać się tego, aż w moje ręce wpadnie kolejna część.

Recenzja opublikowana również na moim blogu.

piątek, 11 stycznia 2013

Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

Saga Millennium Stiega Larssona zrobiła niemałą furorę na całym świecie. Stała się światowym bestsellerem, spopularyzowała literaturę skandynawską, a ekranizacja pierwszej części znalazła się w pierwszej trójce najlepszych filmów 2012 roku. Są jeszcze osoby, które dziwi ten fenomen? Jeśli tak, to na 99% są to osoby, które jeszcze po powieści Larssona nie sięgnęły. Ja jestem właśnie świeżo po lekturze ostatniej, trzeciej z sagi Millennium książki i uważam, że cała trylogia jak najbardziej zasługuje na szum, który się wokół niej wytworzył.

„Zamek z piasku, który runął” jest bezpośrednio związany z drugim tomem i dalszym ciągiem wydarzeń. Wydarzeń, które doprowadziły do tego, że Lisbeth Salander została oskarżona o morderstwo trzech osób. Ścigana jest jednak nie tylko przez policję – zagraża jej śmiertelne niebezpieczeństwo, a Mikael Blomkvist, nie wierząc w winę Lisbeth, robi wszystko, aby dociec prawdy i pomóc przyjaciółce. Proste to nie będzie, bowiem w sprawę zamieszany jest rząd i służby bezpieczeństwa, a policja w tym wypadku niewiele może.

Trzeba przyznać, że Stieg Larsson wykonał kawał doskonałej roboty, pisząc swoją trylogię. Z jednej strony żałuję, że napisał tylko 3 tomy, z drugiej cieszę się, że zdążył napisać aż tyle i zapewnił nam genialną lekturę. Kolejny bowiem tom okazuje się jeszcze lepszym od swoich poprzedników – na mnie zrobił chyba największe wrażenie. Jednocześnie starałam się dawkować sobie tę cegłę z umiarem, żeby nie skończyć za szybko, ale na niewiele się to zdało – powieść wciągnęła mnie to tego stopnia, że praktycznie nie mogłam oderwać wzroku od tekstu i autentycznie śniła mi się po nocach. Nie da się tej książki nie połknąć praktycznie w całości.

I coś, co mnie zaskoczyło: w końcu prawdziwie polubiłam Mikaela Blomkvista! Nie wiem jednak, czy jest to zasługa Larssona, czy Davida Finchera, który w swojej ekranizacji obsadził w roli Mikaela Daniela Craiga, którego uwielbiam! „Dziewczynę z tatuażem” obejrzałam dopiero niedawno, bo w grudniu, jednak uważam, że to kolejny kawał dobrej roboty i odtwórca praktycznie każdej roli pasował mi tam jak mało kto, nie mówiąc już o Lisbeth i Mikaelu właśnie… No ale nie o filmie miało być, a o książce.

Nie da się tej książki przeczytać w spokojnym, wolnym tempie. Nie da się i już. Bo nie można się od niej oderwać, jak mało która powieść trzyma w napięciu, a że ja jestem fanką wszelakich kryminałów i thrillerów, a już zwłaszcza skandynawskich – sami widzicie, po prostu ją połknęłam. „Zamek z piasku, który runął” jest ściśle powiązany z drugim tomem i gdyby nie objętość, spokojnie można by te dwie powieści połączyć w całość. Już na samym początku wracamy do tego, co zostawiliśmy, kończąc „Dziewczynę, która igrała z ogniem”. Niektórzy zrażają się do Millennium, gdy spojrzą na grubość tomów – fakt, przeraża, jednak gdy zacznie się czytać… przepada się na amen. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych kryminałów, jakie czytałam przez całe swoje życie, a przeczytałam ich naprawdę niemało. I nie jest tak, że w książce jest tylko i wyłącznie jeden wątek Lisbeth Salander – nie, bowiem równie mocno zainteresowały mnie wydarzenia, związane z Eriką Berger, zaintrygowała praca wielkiej redakcji jednej z najpopularniejszych szwedzkich dzienników… oraz to, wokół czego kręci się cała ta książka, a mianowicie polityka i rządy. A jeśli autor jeszcze zna się na rzeczy i potrafi to ciekawie opisać, to nie pozostaje nic, tylko czytać.

Ktoś jeszcze nie jest przekonany? Wątpię. Ta książka, ba, cała seria zbiera praktycznie same pozytywne opinie i w pełni na to zasługuje… Jest tylko jedno ale… bo po przeczytaniu „Zamku z piasku…” pozostaje niedosyt i żal, że to już niestety koniec…

Autor: Stieg Larsson
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 784

czwartek, 10 stycznia 2013

Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

Odkąd przeczytałam pierwszą część słynnej sagi Millennium Stiega Larssona, czekałam na moment, aż w moje ręce wpadnie kolejna część. Pierwszy tom zainteresował mnie na tyle, że byłam ciekawa, co też autor mógł zaserwować nam w kontynuacji. Na „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” nie zawiodłam się, ciekawa byłam więc, czy kolejny jest tak samo dobry i czy autor utrzyma swój poziom.

Mikael Blomkvist wraz z przyjaciółmi rozpoczyna pracę nad nowym numerem Millennium. Do grona redakcji dołącza jeszcze Dag Svensson, piszący artykuł na temat rozległej siatki osób, które przemycają z Europy Wschodniej kobiety, wykorzystywane potem w branży seksualnej. Wiele z osób, należących do tej grupy, to wysoko postawione osoby w państwie, piastujące dość wysokie stanowiska. Żona Daga, Mia, zajmuje się tym samym tematem w swojej pracy doktorskiej. Jednak na krótko przed oddaniem numeru do druku para ginie, zastrzelona w swoim mieszkaniu. Zwłoki znajduje Mikael, na klatce schodowej dodatkowo policja znajduje broń z odciskami palców opiekuna społecznego Lisbeth oraz samej Lisbeth. Za dziewczyną rozpoczyna się więc pościg jako za główną podejrzaną, która w gazetach przedstawiana jest jako niepoczytalna, chora psychicznie i szalona morderczyni. Mikael jednak nie wierzy w jej winę i na własną rękę stara się odkryć prawdę. Motyw do zabójstwa bowiem miało wiele osób, których tożsamość w swojej pracy odkrył i Dag, i Mia.

Znowu, w kolejnej części sagi, spotykamy się z tymi samymi bohaterami. Mikael, poprzednio dość bezbarwny i zupełnie mi obojętny, nagle zaczął zdobywać jako taką sympatię. Lisbeth jednak zdobyła ją już w „Mężczyznach…”, a tutaj jej notowania wcale nie spadły, a nawet wzrosły. Trzeba przyznać, że Stieg Larsson stworzył dość wyrazistą, oryginalną bohaterkę, która rzuca się w oczy już na samym początku i która bez wątpienia potrafi zdobyć uwielbienie czytelnika. No bo powiedzcie, jak można jej nie lubić?

Książka poza tym wciągnęła mnie już od samego początku, nie musiałam na to czekać do połowy, jak poprzednio. Więcej jest tu zagadek, a akcja stopniowo przyspiesza, chociaż dzieje się sporo już od pierwszych stron. Zwykle, biorąc do ręki drugą część jakiejkolwiek książki nie spodziewamy się tego, że przebije ona swoją poprzedniczkę, często kontynuacje bowiem pisane są czasem trochę na siłę, są dużo gorsze. Tutaj jednak muszę przyznać – „Dziewczyna, która igrała z ogniem” jest jeszcze lepsza od pierwszego tomu sagi. Wciągnęła mnie od razu, nie pozwalała wypuścić z rąk i zaskoczyła zakończeniem. A tego kompletnie nie spodziewałam się po tej książce, jak i po całej trylogii Millennium. Dowodem na to może być choćby fakt, że całą taką cegłę, 700-stronicową, udało mi się „połknąć” w dwa dni.

Absolutnie cała ta trylogia zasługuje na uwagę, nie tylko fanów kryminałów. I wcale nie dziwi mnie fakt, że zdobyła tak wielką popularność na całym świecie. Szkoda, że sam autor tego nie doczekał, umierając na atak serca tuż przed premierą pierwszej części swojej książki. Tak spektakularny sukces mogła osiągnąć tylko naprawdę dobra książka, a saga Millennium po prostu do takich powieści należy. Kto czytał, ten po prostu musi przyznać mi rację. 

Autor: Stieg Larsson
Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009
Liczba stron: 700

środa, 9 stycznia 2013

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson

Słynna saga Millenium Stiega Larssona zrobiła furorę na całym świecie. Kto bowiem nie słyszał o tej książce albo o słynnym filmie pod trochę innym tytułem: „Dziewczyna z tatuażem”? Nie ma chyba takiej osoby. U mnie znowu książka wyprzedziła film, za co jestem wdzięczna losowi, bo nie lubię czytać o tym, o czym wcześniej już oglądałam, lubię mieć własne wyobrażenie bohaterów, ewentualnie dopiero potem skonfrontować je z ekranizacją. Jednocześnie byłam bardzo ciekawa, czym cała ta trylogia zdobyła taką popularność. Trochę sceptycznie do takich powieści podchodzę i tak było i tym razem.

Henrik Vanger, osiemdziesięciodwuletni senior rodu, od blisko czterdziestu lat dostaje w swoje urodziny ramkę z zasuszonym kwiatem. Bardzo często jest to kwiat rzadkiego gatunku. Wszystko byłoby jasne gdyby nie to, że takie prezenty Henrik dostawał tylko i wyłącznie od swojej siostrzenicy. Jednak Hariet 36 lat temu zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Uznano ją za zmarłą, jednak policji nigdy nie udało się znaleźć jej ciała. Kto więc wysyła mu te prezenty? Czy jest to ktoś z jego wrogów? Henrik nigdy nie zapomniał o tajemniczym zaginięciu Hariet i wyjaśnienie tej zagadki stało się z czasem jego życiowym hobby.
Mikael Blomkvist, dziennikarz i wydawca magazynu Millenium, dostaje pewnego dnia od Vangera propozycję – oficjalnie chce, aby Mikael napisał jego biografię, nieoficjalnie jednak ma pogrzebać w przeszłości rodziny i spróbować rozwikłać zagadkę sprzed blisko 40 lat. Do pomocy wkrótce dostaje młodą dziewczynę, Lisbeth Salander, która, jak się okazuje, jest nieocenionym researcherem, genialnie potrafi znaleźć każdą informację o kimkolwiek.

Powiem szczerze, że książka trochę na początku mi się dłużyła. Z każdą kolejną przeczytaną stroną zastanawiałam się, kiedy w końcu zacznie się coś dziać i nie spodziewałam się, że przeczytam z takim przekonaniem tych stron prawie 200. Zaintrygowała mnie jednak od początku postać Lisbeth. Kompletnie się nie spodziewałam takiej bohaterki, przedtem miałam o niej zupełnie inne wyobrażenie, okazało się jednak, że zdobyła moją bezgraniczną sympatię niemalże od początku, co mnie zaskoczyło. Moim zdaniem Stieg Larsson miał znakomity pomysł na nietuzinkową bohaterkę, która zwraca uwagę, nie jest zwykłą kobietą, a nawet odbiega od tego wzorca bardzo. Polubiłam ją, w odróżnieniu od Mikaela, który wydał mi się w całej powieści trochę bezbarwny i miałam do niego całkiem obojętne uczucia. Główną bohaterką tej książki stała się dla mnie niewątpliwie Lisbeth Salander.

Ostatnio mam ogromną ochotę na czytanie różnorakich kryminałów i większą uwagę zwracam na te, napisane przez skandynawskich autorów. Bez wątpienia jest to mój ulubiony gatunek. Na powieści Larssona również się nie zawiodłam. Intryguje już sam wstęp, co prawda potem się robi trochę nudno, ale w końcu akcja rozwija się do tego stopnia, że chce się wreszcie czytać dalej. Głównie za sprawą Lisbeth właśnie. Kryminał skonstruowany jak najbardziej poprawnie, nie jesteśmy w stanie domyśleć się zakończenia, co prawda niektóre sprawy są do przewidzenia, jednak książka i tak Was zaskoczy na sam koniec. Być może to właśnie druga połowa książki podobała mi się bardziej, więcej się dzieje, akcja zaskakuje. Nic się jednak nie ma prawa równać z zakończeniem. I mimo tych 600 stron książkę przeczytałam bardzo szybko tylko dlatego, że mimo że to niby zwykły kryminał, mimo że trochę się dłuży – nie mogłam się od niej oderwać. Dla mnie trochę dziwne, byłam jednak tak ciekawa rozwiązania, że nie mogłam przestać czytać. Powieść nie kończy się jednoznacznie – po przeczytaniu ostatniej strony powstaje nurtujące nas pytanie, na które poznamy odpowiedź pewnie w drugiej części. Już nie mogę się jej doczekać.

Książka odniosła popularność na całym świecie i myślę, że na to zasłużyła. Jest dowodem tego, że Skandynawowie naprawdę mają niecodzienne pomysły i potrafią zainteresować potencjalnego czytelnika. Do tego mamy tutaj tajemnice  wielkiej familii, nierozwiązane zagadki z przeszłości i mroczne sekrety, a do tego walkę o wpływy i władzę – czego może chcieć więcej miłośnik thrillerów i kryminałów?

Autor: Stieg Larsson
Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009
Liczba stron: 634

wtorek, 8 stycznia 2013

Zamieć śnieżna i woń migdałów - Camilla Lackberg

Zamieć śnieżna i woń migdałów to urocza nowela w stylu Agathy Christie, luźno powiązana z serią o Fjällbacce. Na tydzień przed świętami Martin Mohlin z komisariatu ulega namowom swojej narzeczonej, aby wziąć udział w rodzinnym przyjęciu. Zgodnie z wolą patriarchy rodu Rubena, członkowie rodziny Liljecronas zbierają się na niewielkiej wyspie Valön, położonej w sąsiedztwie Fjällbacki. Z powodu zamieci śnieżnej połączenie z lądem zostaje zerwane i gdy Ruben nagle osuwa się na ziemię podczas świątecznej kolacji, Martin musi interweniować. Wkrótce nie ma już wątpliwości, że Ruben został zamordowany. Skoro wyspa była skutecznie odcięta od reszty świata, mordercą musi być ktoś spośród zebranych tam krewnych… Ale jaki mógłby być motyw tej zbrodni? I kto potrafił zamordować z zimną krwią?
Okładka: twarda
Ilość stron: 144
Wydawnictwo : Czarna Owca
Cykl: Czarna Seria

Kiedy wzięłam do rąk nową książkę z Czarnej Serii zdziwiłam się, że jest taka mała i chudziutka - jednak po przeczytaniu stwierdziłam, że nic dodać w niej nie trzeba, ani nic ująć - czysta kwintesencja. Na pewno książka stanowi gratkę dla wielbicieli twórczości Agathy Christie oraz przygód Sherlocka Holmesa - to klasyczny kryminał. Mnie przypominał przygody Herculesa Poirot - odludne miejsce i trupy w tle.

"Zamieć śnieżna i woń migdałów" nawiązuje do poprzednich książek pani Lackberg, łączy je postać głównego bohatera, Martina Molina - kolegi Patricka Hedstroma.
Martin zostaje zaproszony przez swoją dziewczynę na uroczystą kolację z jej rodziną, która miała się odbyć w uroczym pensjonacie na wyspie Valon. Po przybyciu na miejsce poznał członków rodziny Liljecronas, w tym najstarszego, patriarchę rodu Rubena, człowieka bardzo majętnego. Reszta rodziny nie wzbudziła jego sympatii, nie przepadali za sobą i nawet tego nie ukrywali. Ruben przy kolacji groził swojej rodzinie, że ich wydziedziczy... i nagle umarł na ich oczach.... Woń migdałów, która unosiła się z jego szklanki powiedziała Martinowi, że starszy pan został zamordowany. Ponadto okazało się, że na zewnątrz panuje zamieć śnieżna i nie mogą opuścić wyspy, telefony też nie działały... Martin został zdany na swoje siły - musiał znaleźć zabójcę. Rozpoczął dochodzenie i przesłuchiwał świadków, kiedy pojawił się kolejny trup.....
Atmosfera zagęściła się, a członkowie rodziny skakali sobie do gardeł. 
Czy Martinowi uda się znaleźć mordercę? Czy może on ujawni się sam? 

"Zamieć śnieżna i woń migdałów" to klasyczny kryminał, świetnie napisany, z atmosferą tajemnicy i niedomówienia. Sposób jednej ze śmierci został zapożyczony z Sherlocka Holmesa - bardzo ciekawie wpasował się w całość wydarzeń. Camilla Lackberg po raz kolejny nie sprawiła mi zawodu, no może trochę objętością książki, bo pożarłam ją w ciagu jednego wieczoru.
Bardzo ładnie wydana, idealnie wpasowała się w okres przedświąteczny, gdyż jej akcja rozgrywa się na kilka dni przez Bożym Narodzeniem - jest klimatyczna i intrygująca. Świetna lektura, lekka i przyjemna - serdecznie polecam!