Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anetapzn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anetapzn. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 grudnia 2017

Głębia - Henning Mankell

Wydawnictwo WAB, Moja ocena 6/6
Po Mankella sięgam w ciemno i zawsze z góry daję książce najwyższą ocenę. Nigdy jeszcze się na jego twórczości nie zawiodłam. I nadal nie odżałowałam, że więcej już nic nie napisze.
Głębia to niekryminalny Mankell umiejscowiony w trakcie trwania I wojny światowej.
Tytuł można rozumieć dwojako, a nawet na trzy sposoby.
Tytuł Głębia może dot. głębi morskiej, którą bada główny bohater, szwedzki hydrolog Lars Tobiasson-Svartman. Został on
oddelegowany do pomiarów głębokości morza Bałtyckiego i wyznaczenia nowego toru wodnego dla szwedzkich okrętów. To tylko brzmi tak nudnie. Książka jest fascynująca i niezwykła.
Ale wracajmy do tytułu. Może to być także głębia męskiej psychiki, którą szwedzki pisarz wspaniale prezentuje w książce. Mankell idzie tym razem na całość i zagłębia się w męską psychikę dokładnie. Wiele mnie w tym aspekcie zadziwiło:).
Wiem, skandynawskie i mankellowskie pisarstwo słyną z psychologicznym rozważań, rozkładania psyche bohatera na czynniki pierwsze, ale tym razem jest jeszcze mocniej, mroczniej, głębiej. A trzecia głębia...hmmm..tego dowiecie się z lektury...Głębi :)
Nie napiszę wam ani słowa więcej o fabule. Nie ma to sensu, a poza tym nie nakreśliłabym jej dobrze. Ba, jestem przekonana, iż obojętnie co napisałabym o treści książki, jak zarysowała akcję, to i tak pozostanę w tyle daleko za Mankellem. 

Mankell tą książką po raz kolejny udowodnił, że mistrzowskim pisarzem był niezależnie od tego w jakim gatunku literackim tworzył. Krótkie, proste zdania, a tak bardzo przemawiające obrazowo.
Odłożył etui na bok i podniósł wieko drewnianej skrzyneczki, którą postawił na stoliku o wysokim rancie zabezpieczającym przed zsuwaniem się przedmiotów podczas sztormu. Były w niej cztery zegarki. Trzy wskazywały dokładnie tę samą godzinę. Miały za zadanie nawzajem się pilnować. Czwarty, ten, który Lars Tobiasson-Svartman odziedziczył po ojcu, miał nieruchome wskazówki. Na nim czas się zatrzymał.
I smutny koniec. Jest to charakterystyczne dla Mankella. Jego książki nawet gdy kończą się happy endem (o ile to w szwedzkich warunkach możliwe) i tak są smutne. Ale Głębia jest wyjątkowo smutna, tragiczna. W pewnym momencie złapałam się na tym, że zaczęłam się zastanawiać, czy czytać do końca, czy chcę znać ten koniec. 
Głębia porusza, wyciska człowieka, akcja przykuwa, choć jest powolna, mało dynamiczna, bardzo mało, ale jeżeli lubicie tego typu literaturę będziecie zachwyceni, podobnie jak ja jestem. Gorąco polecam.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Oczy Eugena Kallmanna - Hakan Nesser

Wydawnictwo Czarna Owca, Moja ocena 5,5/6
Nesser tym razem kryminalny, choć także mocno psychologiczno-obyczajowy. Niezależnie od tego, jaką książkę Nesser napisze, zawsze trzyma najwyższą formę. To mistrz łączenia różnorodnych gatunków literackich. Nie inaczej jest z Oczami....
Po raz kolejny pisarz pokazał, iż życie nigdy nie jest takim, jakim nam się wydaje i genialnie oddał psychologiczną głębię i wymowę powieści oraz ukazał, iż nawet za najbardziej makabryczną zbrodnią kryje się coś więcej, dużo więcej. Dodatkowo owa makabryczna zbrodnia wcale nie musi oznaczać rzezi czy zbiorowego morderstwa. Może być ona zupełnie czym innym.
Celowo nie napiszę nic o treści książki, ponieważ po pierwsze nie bardzo wiem, jak miałabym to zrobić bez spojlerowania, a po drugie fabuła jest skomplikowana (choć na pierwszy rzut oka taką się nie wydaje), wielowątkowa, wielowarstwowa i zmusza do uruchomienia sporej liczby szarych komórek w trakcie lektury.
Autor po raz kolejny pod płaszczykiem zbrodni i niewielkiej tajemnicy prezentuje dużo, dużo więcej.
Historia (z pozoru bardzo błaha, wręcz banalna) rozgrywa się w 1995 roku w niewielkim szwedzkim miasteczku. Nesserowi należą się gorące brawa za bardzo ciekawe i drobiazgowe nakreślenie realiów takiej społeczności. W ogóle skandynawska (a szwedzka w szczególności) literatura lubuje się w opisach społeczeństwa, ukazaniu postaci, szczegółowej wiwisekcji charakterów i przeszłości. Autor Oczu... jest nieodrodnym skandynawskim psiarzem. Jego bohaterowie są świetnie nakreśleni, ich przeszłość ukazana bardzo drobiazgowo. Podobnie z wpływem przeszłości na bieżące wydarzenia i samo rozwiązanie zagadki.
Historię, która niespodziewanie w ekspresowym, jak na skandynawskie warunki tempie ewoluuje, poznajemy z punktu widzenia różnych osób. Daje to nam możliwość pełniejszego poznania wydarzeń.
Dodatkowo sporą porcję wiedzy pozyskujemy z pamiętnika, który przed swoją zagadkową śmiercią pisał tytułowy Eugen Kallmann, nauczyciel języka szwedzkiego w szkole w mieścinie, w której toczy się akcja. Gdy bohaterowie książki zagłębiają się w tajemnicze zapiski Kallmanna wydaje im się, że mają przed sobą wszystkie elementy układanki i klucz do rozwiązania tajemnicy. Nie wiedzą, jak bardzo się mylą.
Zakończenie książki zaskakuje i to bardzo. Co ciekawe, zakończenie książki absolutnie nie jest rozwiązaniem zagadki. Samą tajemnicę rozwiązujemy dużo wcześniej, a książka kończy się....tego nie zdradzę. Nan tylko nadzieje, że całość przypadnie wam do gustu. Nie oceniajcie Oczu... przed przeczytaniem zakończenia.
Gorąco polecam, przez cały czas lektury towarzyszył mi wewnętrzny niepokój i mocno wyczuwalny nastrój grozy. Warto dać książce szansę, choć jestem przekonana, że nie wszystkim ona przypadnie do gustu. Nie jest to bowiem typowy kryminał, ani typowa powieść obyczajowo- społeczna. To jest po prostu Hakan Nesser.

środa, 21 czerwca 2017

Jedenaście dni w Berlinie - Hakan Nesser

Wydawnictwo Czarna Owca, Moja ocena 5,5/6
Zgadzam się w 100% z tym, co wydawca napisał na okładce. To
świetnie napisana powieść, pełna charakterystycznego dla Nessera inteligentnego humoru.
Jest to także kolejny nie kryminał w twórczości tego autora.
Arne Murberg, główny bohater, każdy zapała do niego sympatią już od 1. strony. Upośledzony umysłowo i ruchowo, ale przy tym ot taki poczciwy wzbudzający sympatię i litość człowiek. W celu odnalezienia matki musi on odbyć (jak na jego możliwości) niesamowicie trudną podróż, ze Szwecji do Berlina. Dla nas, zdrowych ludzi niby nic niezwykłego. Dla Arne wręcz przeciwnie.
W Berlinie następuje zderzenie bohatera zarówno z wielkim miastem, innym krajem, językiem, inną kulturą, ale także (a może przede wszystkim) zderzenie z własnymi możliwościami. Arne pokonuje bowiem bariery, które jak wielu uważało będą dla niego przeszkodą nie do pokonania.Tytułowe jedenaście dni, które Arne spędza w Berlinie, są dla niego czymś zupełnie nowym, a jednocześnie przełomowym. Tę wyprawę można by porównać do wyprawy zdrowej osoby na Mon Everest.
Mimo wielu przeszkód Arne nie załamuje się.
Książka wzrusza, porusza, bawi i zmusza do zastanowienia, jak wielkie mają szczęście, ci którzy są zdrowi, jak wiele w życiu dostaliśmy od losu i jak często tego nie doceniamy skupiając się na bzdurach.
Nesser jak zwykle stanął na wysokości zadania. Kreacja głównego bohatera, jego zderzenie z życiem dla nas normalnym, walka z własnymi ograniczeniami, reakcja na zwyczajne z pozoru rzeczy, czynności, wspaniała, mistrzowska i na długo pozostanie w moich myślach.
Autorowi udało się genialnie pokazać świat widziany oczyma osoby z tak wieloma ograniczeniami, jakie ma Arne.
Wyjątkowa książka, w pewien sposób podobna do Forresta Gumpa z ...żółtymi butami.
Zachęcam do lektury.

wtorek, 20 czerwca 2017

Hotel Angleterre - Marie Benett

Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 4-/6
Trochę rozczarowała mnie ta książka, liczyłam na coś więcej.
Mamy młode małżeństwo, którego szczęście trwa niezwykle krótko. Jest wojna, 5 miesięcy po ślubie młody małżonek Georg zostaje umieszczony w obozie pracy na północy Szwecji. Pobyt tam trwa długo, bardzo długo. Zmienia mężczyznę, jego charakter, postrzeganie wielu spraw.
Ta część opisująca samego bohatera, jego myśli, reakcje na podawanie manipulacjom, pobyt w obozie na dalekiej nieprzyjaznej północy bardzo mi się podobała.
Zupełnie inaczej było z częścią historii opowiadającą o jego żonie.
Młoda kobieta zostaje sama walcząc z wojenną codziennością. Nawet po przeprowadzce do rodziców, Kerstin jest samotna. Nie wiem doprawdy czy z tęsknoty za mężem i samotności, czy dla urozmaicenia wdaje się ona w romans z inną kobietą. Motywacja nie jest znana. Ani źdźbła namiętności, ognia, chemii (jak zwał tak zwał) między obydwoma kobietami. Albo być może ja nie potrafiłam tego wyszukać w tekście. I bynajmniej, nie oczekiwałam żadnych pikantnych scen. Namiętność można pokazać na różne sposoby. Obie bohaterki sprawiały na mnie wrażenie jakby związały się ze sobą z nudy, chęci przeżycia czegoś innego, bycia ze sobą z braku innej alternatywy.
Gdy porusza się taki temat, jak seks (nie istotne czy homoseksualny czy nie), warto by odrobić lekcję i jakoś sensownie podejść do tematu. Dla mnie opis tego romansu jest suchy jak wióry lecące z drewna. No takie porównanie mi się nasunęło. Zero emocji, napięcia.
No, ale niech będzie, młoda kobieta korzysta z uciech zakazanego związku. W tym czasie mąż o głodzie, na mrozie przechodzi kolejne upokorzenia, cierpi psychicznie i fizycznie. Ciekawe zestawienie. No ale cóż, takie rzeczy serwowała wtedy historia. Każde maksymalnie skoncentrowane na sobie, na swoich potrzebach, nie myślące o tym, co dzieje się z tym drugim. Każde na swój sposób dostosowuje się do rzeczywistości, jaką przygotował mu los.
Hotel Angleterre to książka o pragnieniach ukrytych czasami zbyt głęboko, o pozorach, o tym, jak jeden moment, jedno zdarzenie z pozoru najbłahsze wyzwalają w nas nieznane pokłady wiary, ale i agresji, chęci do walki. To także opowieść o niezrozumieniu, szukaniu tego co istotne i niestety, ale zbyt często nieznalezieniu.
I niby wszystko byłoby ok, nawet ten suchy romans bym przełknęła, gdyby nie fakt, iż po mniej więcej 2/3 książki autorce zaczynają się rozmywać niektóre wątki. Niestety, ale do końca książki części z nich nie udało się Benett złapać i sensownie zakończyć.
Niewątpliwie to książka z bardzo dobrymi, ale i kiepskimi momentami. Mimo to warto ją przeczytać.
Plusem są: kreacja Georga i niezwykle wiarygodne przedstawienie jego przeżyć oraz tego co działo się w obozie, piękny język jakiego używa autorka, bardzo piękny i doskonałe tłumaczenie.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ćma - Katja Kettu

Wydawnictwo Świat Książki, Moja ocena 5/6
To moje drugie spotkanie z książkami tej fińskiej autorki. Po raz drugi jestem rozdarta. Z jednej strony książka przypadła mi do gustu, a z drugiej niezupełnie (ze względu na lekki choć zamierzony chaos ).
Akcja Ćmy rozgrywa się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych, w przedwojennym Związku Radzieckim i we współczesnej Rosji.
Z Finlandii, która doskonale współpracuje z nazistami ucieka młoda ciężarna kobieta. Ucieka ona do ZSRR i wpada z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Irga trafia bowiem do łagru. A wiadomo jakie były warunki w takich miejscach w ZSRR. Szans na przeżycie kobieta i do tego w ciąży nie miała praktycznie żądnych. Irga postanawia jednak walczyć dla siebie i dla dziecka.
Kolejna część opowieści przenosi nas w casie, kilkadziesiąt lat póżniej. Jest XXI wiek, wnuczka Irgi przybywa do wsi Ławra w Republice Mari El w Rosji. Wiodą ją tam korzenie rodzinne i chęć poznania relacji ludzi z momentów, gdy ustrój, okoliczności, czas doprowadzają ich do ostateczności. Ludzie, jak i miejsce do którego kobieta dociera, budzą w niej lęk, ale jednocześnie intrygują.
Opowieść Irgi przeplatana jest z opowieścią jej wnuczki.
Książka jest trudna i to w niektórych momentach nawet bardzo. Niewątpliwie wymaga skupienia, czasu i odpowiedniego podejścia do lektury.Tematyka trudna, bolesna, nadal wzbudzająca kontrowersje. Trudny i specyficzny jest także sposób pisania Finki. W wielu momentach autorka miesza style, rodzaje narracji, literatury. Taki chaos umiarkowanie przypadł mi do gustu.
Autorka miesza także uczucia, którymi książka jest wręcz przepełniona, chociaż to akurat rozumiem, jest kwintesencją opowieści, jej wymową. Ćma to bowiem nie tyle opowieść o trudnych losach co pochwała ludzkiej mocy, przyjaźni, samozaparcia, witalności.
Z drugiej strony opowieść jest przepełniona sadyzmem, nienawiścią, fanatyzmem i wieloma innymi negatywnymi uczuciami. Trudne były czasy, o których opowiada Kettu, trudne i bolesne ludzkie relacje, trudna powieść.Kettu obnaża historię, jej niewygodne dla wielu aspekty, pisze ostro, bezpardonowo o najbardziej drastycznych rzeczach, postępowaniach ludzi.
Na plus zasługuje język, którego używa autorka. Szczególnie przypadło mi do gustu użycie mowy potocznej, zastosowanie kontrastu polegającego na umieszczeniu wręcz bajkowych metafor obok ostrych wulgaryzmów.

piątek, 21 października 2016

Hipotermia - Arnaldur Indridason

Wydawnictwo WAB, Moja ocena 5/6
Hipotermia, to najnowsza 8. część przygód islandzkiego inspektora Elendura Sveinssona.
Mimo lekkiej zdawałoby się okładki, tematyka, jaką porusza autor jest wyjątkowo trudna. Kontrast jest tym większy, iż biel szaty graficznej dodaje jakby takiej lekkości Hipotermii, oczekiwałam, iż przeniesie się ona na treść książki. Nic z tego.
Już sam tytuł odrobinę mrozi (nomen omen). Do tego miejsce akcji - mrożna, zimna, ponura Islandia oraz cała pozostała otoczka. Brrr...
Od razu zaznaczam, dal tych, którzy lekturę serii rozpoczynają od tej książki, Hipotermia (podobnie, jak wcześniejsze tomy) nie jest kryminałem. Tzn. mamy trupa, mamy dochodzenie, bardzo nawet porządnie (jak na warunki islandzkie) prowadzone, ale.. dochodzenie jest tylko tłem do ukazania islandzkiego społeczeństwa. Obraz, jaki przedstawia Indridason zdołował mnie jeszcze bardziej niż to miało miejsce w przypadku wcześniej przeczytanych tomów.
Tym razem pisarz (jak w żadnej z wcześniejszych książek) kładzie nacisk na psychologię, na emocjonalne zachowanie jednostki, na ukazanie ludzi, którzy cierpią z powodu złych wyborów, którzy całe życie mają pod górkę, czują się wyobcowani.
Jakby tego było mało, w Hipotermii sporo uwagi poświęca się ludziom czekającym na ....znak od zmarłych. W połączeniu ze stylem pisarskim Indridasona, ponurymi jak zawsze opisami Islandii daje to makabryczne wrażenie.
Akcja (jak to w tej serii bywa) toczy się powoli, opiera w sporej części na dialogach, opisach Islandii, ukazaniu ponurej rzeczywistości za oknem i w duszach ludzi, którzy czują się obcy, niespełnieni, wewnętrznie rozdarci.
Ludzie, bohaterowie nakreśleni przez autora, co najmniej dziwni. Chociaż w wielu przypadkach takie określenie to wielkie niedomówienie. Większość bohaterów ma moim zdaniem jakieś poważne zaburzenia. Ich zachowanie można przy dobrej woli uznać za co najmniej dziwne, wg. naszych kryteriów. Ciekawe ile wzorców autor zaczerpnął ze swojego otoczenia.
Ponownie do głosu dochodzą toksyczne relacje Indridasona z rodziną, z byłą żoną, która mimo ponad 20 lat, jakie minęły od rozwodu, nadal pała nienawiścią oraz traum, jakie bez ustanku są udziałem zarówno policjanta, jak i dwójki jego dawno dorosłych dzieci. Cóż za dziwaczna, toksyczna rodzina. Koszmar w tej części serii doprowadzony do apogeum. Aż się boję co będzie w kolejnym tomie.
Polecam, czyta się błyskawicznie, jest mroczno, dołująco, tajemniczo i po zakończeniu lektury z przyjemnością i niejaką rozkoszą rozglądamy się w koło, szczęśliwi, że mieszkamy, gdzie mieszkamy.

czwartek, 20 października 2016

Głos - Arnaldur Indridason

Wydawnictwo WAB, Moja ocena 4,5/6
Głos to 5. tom kryminalnej serii islandzkiego psiarza i 3. który czyta dzień po dniu. Teraz przerwa. Kolejna książka, jaką naszykowałam do czytania z pewnością nie jest ani kryminałem, ani nie ma w sobie grama Islandii.
Czas w jakim rozgrywa się fabuła książki sprzyja melancholii, rozpamiętywaniu różnych spraw. Chodzi tu o okres Świąt Bożego Narodzenia. Wtedy ma miejsce zabójstwo ekscentrycznego portiera w hotelu znajdującego się w sercu Reykjaviku. Napisałam, iż ofiara była ekscentryczna. No cóż...tak delikatnie można to ująć. Nie chcę zdradzać o co chodzi, ale pod tym względem to najmocniejszy z dotychczas przeze mnie przeczytanych tomów serii.
Jeżeli chodzi jednak o treść o tempo akcji, ogólnie o całość, to najsłabszy tom z tych, które miałam okazję poznać. Niby wszystko jest tak jak w poprzednich tomach, ale czegoś Głosowi brakuje.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszych książek, autor główny nacisk położył na kwestie psychologiczno-społeczno-socjologiczne swoich rodaków. Jednak trochę zbyt dużo tych problemów tym razem. Za sprawą zbytniego nagromadzenia wątków społeczno-obyczajowych, Głos wydaje się być odrobinę przekombinowany.
Nie oznacza to absolutnie, że odradzam lekturę Głosu. Nic z tych rzeczy. Bez wątpienia warto sięgnąć po tę książkę, tym bardziej jeżeli ktoś czyta tom po tomie, tak jak ja to czynię.
Jednak jeżeli jesteście podobnie jak ja rozpuszczeni wysokim poziomem dwóch wcześniejszych tomów, w trakcie lektury Głosu możecie poczuć pewne rozczarowanie, niedosyt.
Mimo drobnego przekombinowania, gorąco zachęcam do lektury. Bardzo ciekawie ukazany jest nasz dzielny islandzki śledczy Erlendur, który na czas prowadzonego dochodzenia zamieszkuje w hotelu, w którym popełniono zbrodnię. Tłumaczy to bliskością do miejsca zbrodni i takimi tam. Jednak należy pamiętać, iż policjant mieszka sam, jest rozwiedziony, jego towarzysze to mroczne książki i smutna muzyka. W takim przypadku Boże Narodzenie chyba faktycznie lepiej spędzać w hotelu, choćby popełniono w nim zbrodnię zabójstwa.

środa, 19 października 2016

Grobowa cisza - Arnaldur Indridason

Wydawnictwo WAB, Moja ocena 5,5/6
Kolejne spotkanie z islandzkim komisarzem Erlendurem Sveinssonem. Jest to 4. tom serii, 2. wydany u nas. Ciągle zagadką dla mnie pozostaje pominiecie dwóch pierwszych tomów.
Mimo lekkiej zdawałoby się okładki, tematyka, jaką porusza autor jest wyjątkowo trudna. Kontrast jest tym większy, iż biel szaty graficznej dodaje jakby takiej lekkości Grobowej ciszy, oczekiwałam, iż przeniesie się ona na treść książki. Nic z tego.
Ponownie prowadzone dochodzenie jest tylko tłem do ukazania islandzkiego społeczeństwa. Obraz, jaki przedstawia Indridasson zdołował mnie jeszcze bardziej niż to miało miejsce w przypadku W bagnie.
Z tą serią jest trochę dziwnie. Niby zagadka kryminalna jest tylko tłem do ukazania czegoś więcej, do zaprezentowania tego, jak żyje się na Islandii, jakie problemy są udziałem tego niewielkiego społeczeństwa. A z drugiej strony dochodzenie prowadzone jest jednak porządnie, konsekwentnie, zmierza do celu, a autor tak wszystko dozuje, iż czytelnik może w wielu miejscach snuć własne domysły.
W całość wplecione są prywatne perypetie Erlendura Sveinssona, który nadal umiarkowanie dobrze radzi sobie z życiem prywatnym, małą ilość wolnego czasu zabijając lekturą książek, słuchaniem muzyki i próbą poradzenia sobie z córką.
Tym razem Indridasson zręcznie połączył prywatne problemy z zagadką kryminalna i sprawą z okresu II wojny światowej. Stworzył dzięki temu bardzo ciekawy i wciągający misz masz. A cała historia, wokół której prowadzone jest dochodzenie, wyszła na jaw zupełnie przypadkiem, gdy bawiące się dzieci znalazły...ludzką kość.
No cóż, jaki kraj, takie i znaleziska. Dobrze, że u nas rzadko znajduje się porzucone ludzkie kości.
Erlendur przystępuje do policyjnej roboty, archeolodzy na jego prośbę odkopują teren, znajdują dwa ludzkie szkielety i....zaczyna się. O co jednak chodzi, nie zdradzę, nawet w przybliżeniu.
Zachęcam za to do lektury tej i pozostałych książek serii. Zakładam, iż kolejne tomy będą co najmniej tak doskonałe, jak Grobowa cisza i W bagnie.
Polecam, czyta się błyskawicznie, jest mroczno, dołująco, tajemniczo i po zakończeniu lektury z przyjemnością i niejaką rozkoszą rozglądamy się w koło, szczęśliwi, że mieszkamy, gdzie mieszkamy.

wtorek, 18 października 2016

W bagnie - Arnaldur Indridason





Wydawnictwo WAB, Moja ocena 5/6
To moje 1. spotkanie z prozą Indridasona i z pewnością nie ostatnie.Przyznam się, iż rozpoczynając lekturę W bagnie, nie wiedziałam czego się spodziewać.
Określenie autora mianem islandzkiego Henninga Mankella nie było dla mnie zachętą, wręcz przeciwnie. Nie znoszę tego typu porównań. Na ogół maja się one tak do rzeczywistości, jak przysłowiowy kwiatek do kożucha.
Jednak tym razem wydawca prawie trafił w dziesiątkę. Są oczywiście pewne różnice, ale nie chcę o nich pisać. To nie jest post porównawczy, a moja opinia o 1. tomie serii z Erlendurem Svenssonem w roli głównej. To on jest charyzmatycznym policjantem tropiącym zbrodniarzy.
Samej fabuły nie będę streszczać. Napiszę tak..jaki kraj, takie i zabójstwo. Sam tekst policjanta, iż to kolejne islandzkie...flejtuchowate zabójstwo, o czymś świadczy.
Owo zabójstwo, to znalezione w suterenie domu w Reykjaviku zwłoki emeryta Holberga. Fakt, iż jest to zabójstwo (jedno z niewielu na Islandii) nie budzi żadnych wątpliwości. Chyba, że upadając Holberg potrafiłby trafić głową prosto na popielniczkę, a przed śmiercią napisać bardzo tajemniczą kartkę. Takiej możliwości nie ma. Wobec tego prowadzący dochodzenie policjanci od razu traktują sprawę, jak morderstwo.
Z racji rzadkości występowania tego typu zbrodni, islandzcy stróże prawa mają mizerne doświadczenie w topieniu zabójców. Jednak dzielnie prą do przodu i zadziwiająco dobrze dają sobie ze wszystkim radę.
Bardzo szybko na jaw wychodzą wszystkie grzechy i grzeszki zmarłego, jego podwójne życie i skrywane sekrety.
Dodatkowo Erlendur na prośbę byłej żony (z którą nie rozmawiał od 20 lat) i córki zajmuje się sprawą zaginionej panny młodej. Kobieta zniknęła ze swojego wesela. Czy rodzina słusznie się o nią martwi?
Wątek kryminalny prowadzony jest poprawnie. Chociaż nie ukrywam, nie on jest siłą napędową tej książki. Główną osią przewodnią jest Islandia i jej mieszkańcy.
Atmosfera W bagnie jest bardzo ponura. Zapewne taka, jak i sam kraj - deszczowa, wietrzna, wpędzająca w depresję.
Ludzie dziwni. Chociaż w wielu przypadkach takie określenie to wielkie niedomówienie. Większość bohaterów W bagnie ma moim zdaniem jakieś poważne zaburzenia. Ich zachowanie można przy dobrej woli uznać za co najmniej dziwne, wg. naszych kryteriów.
Nie wiem, może to wina małej ilości słońca. A może to kwestia izolacji. Większość osób przedstawionych przez autora zamyka się po pracy w swoich domach i tak spędza czas. Taka izolacja odbija się także na wyglądzie ludzi, na chorobach genetycznych przenoszonych z pokolenia na pokolenie (brak dopływu świeżej krwi).
A może przyczyną są dziwne imiona nijak nie pozwalające określić w pierwszym momencie czy chodzi o męźczyznę czy kobietę.
Bohaterowie świetnie, realistycznie aż do bólu nakreśleni. Ciekawe ile wzorców autor zaczerpnął ze swojego otoczenia.
Córka głównego bohatera..koszmar.
Sam Erlendur Svensson bardzo porządny człowiek, konsekwentnie dążący do prawdy i co mnie urzekło - uwielbiający czytać książki. Wszędzie w jego domu stoją ogromne stosy książek. Jednak zgodnie ze sztampowym wzorcem literackim rodem z północnej Europy, jego życie prywatne, rodzina nie istnieją. Żona mimo, iż upłynęło 20 lat od rozwodu, nadal go nienawidzi, córka ćpa, używa wulgarnego języka, ma zmienne nastroje, wykazuje momentami rozdwojenie jaźni pomieszane z ADHD. Ta dziewczyna to dla mnie jakiś koszmar. Na tym tle główny bohater serii wygląda wręcz doskonale mimo, iż ma za sobą traumy, ciężkie przeżycia.
Czyli północnoeuropejski, skandynawski standard.
Autor serii bardzo musi lubić imię swojego głównego bohatera. Występuje ono w zasadzie w co drugim- trzecim zdaniu. Na jednej stornie naliczyłam, jak 9 razy pisze Erlendur wyszedł, Erlendur podszedł do biurka, Erlendur pomyślał etc. Doprawdy można użyć zastępczo nazwiska policjanta, jego stopnia służbowego, a nawet określenia detektyw, policjant. Chyba jeżyk islandzki nie jest aż tak ubogi.
Mimo, iż dochodzenie nie jest najmocniejszą stroną książki (ale też nie jest złe, ot przeciętne) W bagnie bardzo przypadło mi do gustu. Genialnie ukazane tło społeczno-psychologiczne, studium jednostek, prezentacja Islandii. Sięgam po kolejny tom serii.
Nie rozumiem dlaczego wydawca rozpoczął prezentowanie nam serii od jej 3. tomu. W bagnie (oryginalna nazwa: Mýrin) to właśnie 3. tom. A co z wcześniejszymi: Synir duftsins,Dauðarósir? Dlaczego one nie zostały przetłumaczone i wydane u nas?

niedziela, 31 stycznia 2016

VIP room - Jens Lapidus

Wydawnictwo Marginesy, Moja ocena 4,5/6
Bardzo lubię skandynawską literaturę. Chętnie sięgam po powieści, biografie, ale także kryminały. Wielu autorów próbuje swoich sił bazując na sławie Stiega Larssona czy Henninga Mankella. Wielu z tych samorodnych twórców kryminałów w ogóle nie powinno ich pisać. Duża część skandynawskich pseudo kryminałów jest delikatnie to ujmując..kiepska.
Byłam ciekawa, jak odbiorę Vip room.
Jedno co od razu rzuca się w oczy, to fakt, iż nie jest to czysty kryminał. Książka ta to taki miks społeczno-kryminalno-obyczajowy. Dużą część treści zajmuje niezwykle starannie nakreślone tło społeczno-kulturalne. Skandynawscy pisarze lubują się w takich zabiegach. Jedni realiom społecznym poświęcają więcej inni mniej miejsca. Lapidus bez wątpienia należy do tych pierwszych.
Innowacją w stosunku do wielu wcześniejszych skandynawskich kryminałów jest fakt, iż tym razem osobą prowadzącą śledztwo nie jest policjant (ani duet policjantów), a prawniczka i ..przestępca. Ot takie novum, które muszę przyznać, wyszło książce na dobre. Kolejny sterany życiem, z nałogami, po przejściach i rozpadający się na milion części policjant po 40-tce byłby już chyba niestrawny dla większości czytelników.
Lapidus (zgodnie ze skandynawskim trendem) zajmuje się vipami, najbardziej ustosunkowanymi i najbogatszymi ze społeczeństwa. Zagląda do ich domów, miejsc rozrywki, vip roomów, prześwietla ich życie, wyciąga na światło dzienne ich głęboko skrywane tajemnice. Przyznam się, iż wyszło mu to na prawdę nieźle.
Poprzez opis skandynawskiego społeczeństwa, charakterystykę najbogatszych i ich wypaczonego przez pieniądz i władzę zachowania, śledzimy główne dochodzenie, które prowadzone jest w sprawie porwania, ale także dowiadujemy się o wielu nowych przestępstwach. Omawiane przez Lapidusa zbrodnie to w wielu miejscach wręcz wynaturzenia. Pisząc o nich autor ukazuje, jak bardzo deprawująca bywają władza i wielkie pieniądze, jak zbyt często dają poczucie wyższości i bezkarności. Tym samym pisarz ukazuje nam zupełnie inny Sztokholm, niż ten, który poznamy z przewodników turystycznych lub w trakcie krótkiego zwiedzania stolicy Szwecji.
Gorąco zachęcam do lektury. Vip room to dobry kryminał i powieść obyczajowa w jednym. To także dobrze rokujący początek serii.
Czekam na kolejny tom, który ma się ukazać w połowie roku. Będzie doskonała lektura na urlop.

sobota, 30 stycznia 2016

Seniorzy w natarciu:)

Wydawnictwo Sonia Draga, Moja ocena 5/6
Książkę przeczytałam w ciągu kilku godzin. Była dokładnie tym czego potrzebowałam - cudowną, ciepłą, przezabawną, ale i nie pozbawioną mądrości lekturą.
Bohaterowie książki, to grupa seniorów w wieku 70+, podopiecznych domu złotej jesieni życia:). Po przejęciu placówki przez nowego właściciela, tnie się koszty, znacznie się tnie. Niedogrzane pokoje, kiepskie jedzenie, brak rozrywek. Kiepsko, bardzo kiepsko. Seniorzy podupadają na zdrowiu, ale i psychice. Postanawiają niezwłocznie coś z tym, zrobić.
Märtha, Geniusz, Stina, Grabi i Anna-Greta zaczynają działać w myśl zasady: Jeden występek w ciągu dnia sprawia, że żołądek dobrze się ma.
79-letnia dama (bo inaczej tej pani nazwać nie można) rozpoczyna akcję poprawy życia.. napadem na szwedzki bank. A to dopiero początek. Szalonym pomysłom statecznej z pozoru gromadki, nie ma końca. Nic nie jest im straszne, a występki, które popełniają są dla nich rozrywką, ale i środkiem do osiągnięcia upragnionego celu i szansą na nowe stare życie. Seniorzy do konsekwencji swoich czynów podchodzą z pogodą ducha i ciekawą filozofią:
Prawda, że bycie złodziejem wydaje się ekscytujące? Najpierw trzeba zaplanować przestępstwo i go dokonać, a potem czekają jeszcze na człowieka emocjonujące przeżycia w więzieniu. 
Nie opisuję treści książki i konkretnych poczynań seniorów celowo, nie chcę odbierać czytelnikom elementu zaskoczenia i wielkiej przyjemności, jakie niewątpliwie będą ich udziałem w trakcie lektury. Ja wielokrotnie na przemian otwierałam ze zdumienia oczy i wybuchałam salwami śmiechu. Ostrzegam przed czytaniem książki w środkach transportu publicznego.
Seniorzy w natarciu to przezabawna książka, która nie tylko wprawia w dobry nastrój, ale i daje sporo do myślenia. W wieku bohaterów tej historii chciałabym mieć tylko pogody ducha, pomysłowości i energii.
Cieszę się, iż książka jest 1. tomem serii Liga seniorów. Niecierpliwie czekam na kolejną część, która z tego co wiem ukaże się niedługo.

wtorek, 16 grudnia 2014

Piaskun

Wydawnictwo Czarne, Moja ocena 5/6
Doskonała  pozycja, dla której zarwałam noc. To trzecia książka skandynawskiego duetu pisarzy, którą mam okazję czytać. Pod pseudonimem Lars Kepler kryją się bowiem- Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril, którym współpraca pisarska wychodzi znakomicie. Kolejny raz jestem zachwycona (chociaż np. Hipnotyzer (recenzja tutaj - klik) był odrobinę ostrzejszy) i kolejny raz czuję nutkę wielkiego zawodu, iż mimo skończenia lektury, nadal nie wszystko jest jasne. Wiem, wiem, autorzy podejmą wątki w  kolejnym tomie, ale ile trzeba będzie na niego czekać i dlaczego tak długo?
W książce mamy wszystko, co tak cenię w skandynawskich kryminałach i thrillerach. Chodzi mi przede wszystkim o niezwykle mroczna aurę, wielka tajemnicę, styranego życiem i ciężko doświadczonego policjanta, który tropi iście diabolicznego psychopatę, drastyczne opisy zbrodni oraz niebanalną intrygę i uczucie osaczenia przez wszechobecne zło. 
Pewnego dnia przy torach kolejowych, a w zasadzie na wiadukcie kolejowym w pobliżu Sztokholmu, zostaje znaleziony mężczyzna. Jest w bardzo ciężkim stanie, w zasadzie ledwo żywy, nie można się z nim porozumieć, nie ma też przy sobie żadnych dokumentów. Zostaje niezwłocznie zabrany karetką na intensywna terapie do szpitala. Tam wychodzi na jaw, iż cierpi na rzadką dolegliwość zwaną chorobą legionistów. Czym w ogóle jest choroba legionistów? Jest to bardzo grożna, zakaźna choroba górnych dróg oddechowych. Bywa ona w początkowej fazie mylona z innymi chorobami i częstokroć, gdy lekarze w końcu ją poprawnie zdiagnozują, bywa za póżno na leczenie. Z reguły występuje ona w krajach basenu Morza Śródziemnego, sporadycznie w chłodniejszym klimacie. W jaki sposób męźczyzna mógł się nią zakazić? Dziwne. Jeszcze dziwniejszym jest fakt, iż mężczyzna od kilku lat figuruje jako zmarły. Do pracy przystępuje znany nam z poprzednich części serii komisarz Joona Linna.Śledztwo szybko przyjmuje nieoczekiwany obrót, coraz bardziej się komplikuje. Gdy tradycyjne sposoby dochodzenia do prawdy zawodzą, policjant postanawia uciec się do podstępu. Czy sprawę uda się rozwiązać? Czy faktycznie ma ona coś wspólnego z seryjnym, psychopatycznym zabójcą sprzed lat? Co zwycięży - prawda, sprawiedliwość i dobro, czy jednak zło? Kim/czym jest tytułowy Piaskun i jaki ma związek ze sprawą?
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po ten niebanalny i momentami bardzo przerażający thriller i kryminał w jednym.  Brawa dla autorów, którym przez kilkaset stron udaje się trzymać czytelnika w niepewności i stworzyć nastrój, że...strach się bać:)
Tutaj recenzja Świadka, kolejnej książki duetu Lars Kepler (klik)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Duch na wyspie

Wydawnictwo Czarne, Moja ocena 5,5/6
Duch na wyspie, to kolejny tom serii kryminalnej, której akcję Theorin umieścił na wyspie Olandia. Wyspa położona w Skandynawii, tajemnicza, stosunkowo trudno w niektórych okresach dostępna, otoczona wieloma legendami i zabobonami. To wszystko sprawia, iż taki wybór miejsca akcji, tła był doskonałym posunięciem.
Mam już za sobą lekturę kilku książek Theorina, więc w sumie wiedziałam czego się po autorze mogę spodziewać. Przynajmniej tak sądziłam. Theorin spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką i ponownie udało mu się mnie zaskoczyć.
Akcja choć rozgrywająca się jak najbardziej współcześnie, powiązana jest (jak to u tego autora) z przeszłością,z  wydarzeniami, które jak pokaże czas, nigdy nie odchodzą do lamusa. Mamy więc  tajemniczą śmierć członka zamożnej miejscowej rodziny i makabryczne wydarzenia powiązane z pogrzebem. To miało miejsce w latach 30. XX wieku. W czasach współczesnych, gdzie umiejscowione jest gro historii, pewnej nocy do drzwi domu pewnego starszego człowieka puka chłopiec i opowiada zdawałoby się wyssaną z palca historię o tajemniczym statku, na którym znajdują się trupy, a który to statek dryfuje tuż przy brzegu. Ger­lof, starszy męźczyzna (znany z innych książek olandzkiego cyklu), do którego drzwi zapukał przerażony nastolatek, o dziwo wierzy chłopcu, a dodatkowo sam rozpoczyna śledztwo pragnąc odkryć tajemnicę wiążącą się ze statkiem widmem i wydarzeniami z  przeszłości.  
Theorin skonstruował genialny kryminał i thriller w jednym + doskonałą powieść o ludziach, o ich namiętnościach, obsesjach, strachu, dopuszczalnej (i nie) granicy zemsty.
Duch na wyspie to niezwykle wciągająca i poruszająca historia, która stawia wiele pytań, a nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Prawdziwy majstersztyk z tragicznymi wydarzeniami historycznymi w tle. Theorin ma wyjątkowy dar budowania napięcia, ciekawych postaci i mieszania przeszłości z teraźniejszością. Fabuły jego książek często balansują na granicy zdarzeń realnych pomieszanych z odrobina tego co nieprawdopodobne, a co autor czyni niezwykle realnym.
Z założenia książka ta ma być ostatnim tomem olandzkiego cyklu. Po cichu liczę jednak, iż autor za jakiś czas napisze kolejny tom serii.
Na cykl olandzki składają się tytuły:
  1. Zmierzch
  2. Nocna zamieć
  3. Smuga krwi
  4. Duch na wyspie. 
Każdy z tomów jest powiązany nie tylko samą Olandią, ale i osobą Gerlofa Davidssona, emerytowanego wilka morskiego, pensjonariusza domu spokojnej złotej jesieni.  Gerlof lubi pobawić się w detektywa amatora. A, że wyspę zna doskonale, także miejscowe klimaty, zwyczaje, mity, mimo podeszłego wieku jest całkiem dziarskim panem, to i prowadzone przez niego dochodzenia śledzi się z wielka przyjemnością. Theorin często powierza mu odpowiedzialne zadania i stawia go w sytuacjach niezwykle dramatycznych.
Każda z książek zdobywała też liczne nagrody, jak chociażby:
Zmierzch zdobył nagrodę Szwedzkiej Akademii Kryminału za najlepszy debiut,  brytyjskiego Stowarzyszenia Pisarzy Literatury Kryminalnej New Blood Dagger za najlepszy debiut.
Nocna zamieć zdobyła nagrody: Szklany Klucz za najlepszą nordycką powieść kryminalną, nagroda Stowarzyszenia Pisarzy Literatury Kryminalnej International Dagger dla najlepszego pisarza zagranicznego.
Pozostaje mi tylko zachęcić was do lektury całego cyklu olandzkiego.

niedziela, 14 grudnia 2014

Białe kruki

Wydawnictwo Smak Słowa, Moja ocena 5,5/6
To druga książka autorstwa Christera Mjaseta, którą miałam okazję czytać i po raz kolejny jestem zachwycona.
Lekarz, który wiedział za dużo (moja recenzja tutaj -klik) był bardzo dobrym thrillerem i jeszcze lepszą powieścią. Białe kruki są tylko (albo aż) doskonałą powieścią społeczno-obyczajową, chociaż elementu thrillera, grozy w książce także nie brak.
Bohaterem jest ponownie doskonały lekarz, Mathias Grande, któremu udało się w końcu rozpocząć pracę na wymarzonym oddziale neurochirurgii szpitala w Bergen. Co prawda nie jest to etat, a praca tymczasowa, ale zawsze coś. Ważne, że jest w samym centrum, pracuje w zawodzie, w wymarzonej specjalizacji. To kolejny krok do spełnienia zawodowych marzeń. Poza tym lada dzień ma być ogłoszona lista osób, które zostaną przyjęte na oddział na pełen, normalny etat. Miejsca są 3, kandydatów (włącznie z Mathiasem) 3. Rachunek prosty, tym bardziej, iż pierwszeństwo mają osoby pracujące w szpitalu przed kandydatami z zewnątrz. Wydaje się, że upragniony etat Mathias ma w kieszeni. Jednak jak wypadki kolejnych godzin pokażą, nic nigdy nie jest pewne. Grande musi toczyć istną walkę na wielu frontach. Prywatnie rozpada mu się związek z matką jego 2-letniej córki. Zawodowo - w zasadzie nie wychodzi ze szpitala, a i tak okazuje się, że to za mało. Musi konkurować z kilkorgiem kolegów, własnym zmęczeniem, starszymi lekarzami, którzy przekonani są o własnej genialności. Taka walka, której finał jest wielką niewiadomą, dla większości osób byłaby ponad ludzką wytrzymałość. Podobnie jest z Mathiasem i jego kolegami po fachu. Losy kilkorga bohaterów przeplatają się nawzajem tworząc porywającą lekturę. Każdy z nich boryka się z prywatnymi problemami (i to nie byle jakimi), a zmęczenie życiem prywatnym miesza się z wyczerpaniem i upodleniem zawodowym. Jak się bowiem okazuje, umiejętności, staże, praca ponad siły to za mało, żeby zadowolić starszych kolegów. Nie bez kozery na okładce znajduje się zdanie, które tłumaczy wszystko...
Jaka jest różnica między Bogiem a neurochirurgiem? Bóg nie jest neurochirurgiem.
Dzięki doskonałej narracji wręcz czujemy, co autor miał na myśli pisząc w/w zdanie. Genialnie, niezwykle wyraziście oddane realia pracy w szpitalu, walka dosłownie o byt, o miejsce przy operacyjnym stole, o przetrwanie, jest w trakcie lektury namacalna. I jak zauważyłam, często w tym wszystkim dla większości opisanych lekarzy najmniej liczy się dobro pacjenta, któremu z założenia maja służyć. Najważniejsze jest ego i bycie ponad wszystkim i wszystkimi.
Białe kruki, to doskonała, świetnie napisana, porywająca opowieść o życiu, ludziach zaplątanych wbrew swojej woli w układy, medycynie, dążeniu do celu i ludzkiej odporności na stres, ból, upodlenie. Brak klasycznego kryminału, choć nie brak w książce cech grozy czy przestępstwa. Jest to jednak przestępstwo zupełnie innego kalibru niż oczekuje czytelnik.
Biorąc do ręki Białe kruki nastawcie się na kilka godzin doskonałej lektury, kilka mrożących krew w żyłach momentów (związanych z medycznymi zabiegami). Nie oczekujcie jednak typowego thrillera medycznego. 
Gorąco zachęcam do lektury i niecierpliwie czekam na kolejna książkę Christera Majseta, który jest takim 2 w 1- pisarzem i zawodowym lekarzem, wiec realia medyczne, o których pisze są niezwykle wiarygodne i momentami smutne, przerażające.

sobota, 13 grudnia 2014

Półbrat

Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 6/6
Uwielbiam literaturę skandynawską, dlatego po każdą nową książkę z tego kręgu sięgam z ciekawością, ale i sporą dozą zaufania. Tak się bowiem złożyło, że poza niektórymi kryminałami, żadna skandynawska powieść nie zawiodła mnie. Nie inaczej było i w tym przypadku.
Półbrat, to w każdym tego słowa znaczeniu arcydzieło, wielka powieść. Chodzi mi o wymowę, treść, sposób w jaki Christensen bawi się słowem, jak i o...gabaryty. Książka liczy bowiem 920 stron i została wydana w twardej oprawie.
Autor przedstawia dzieje czteropokoleniowej rodziny Nilsenów z Oslo. Nie jest to jednak zwyczajna rodzina. Ilość tragicznych postaci i zdarzeń, jakie na przestrzeni lat wydarzyły się w tym swoistym klanie, wręcz poraża. Początek tym wydarzeniom, dniom mroku dał moment, który powinien być dla wszystkich Norwegów świętem radości - dzień odzyskania niepodległości po zakończeniu II wojny światowej. Nie dla wszystkich był to jednak moment radości, uśmiechu. Dla jednej z nilsenowskich kobiet jest to dzień wstydu, hańby. Wydarzenia, jakich wtedy doznała przerodzą się w traumę, skrywane sekrety, zarówno te czające się tuż pod powierzchnią, jak i te głęboko schowane. To wszystko będzie skutkować życiem, jakiego nikt z nas nie chciałby wieść. A wystarczyłby jeden gest, jedno słowo ze strony najbliższych, żeby następne kilkadziesiąt lat potoczyło się inaczej. 
Nie jest to prosta powieść. Jest to powieść trudna, skomplikowana, pełna smutku, sprzeczności, prawie bez dialogów, ale niezmiernie życiowa. Jest to także opowieść o braku i nieobecności. Bo przy głównych bohaterach ciągle kogoś brak, kogoś, kto swoim zachowaniem, być może wypełniłby wielka lukę, albo sprawiłby, że życie potoczyłoby się inaczej. 
Jeżeli lubicie życiowe, trudne, wielopiętrowe (tak, to dobre określenie) sagi, powieści psychologiczne, pełne emocji, wieloetapowe, gdzie jedna czynność z przeszłości ma wpływ na życie kolejnych pokoleń, to sięgnijcie po Półbrata. Nie dziwi mnie, iż książka ta jest najważniejszą w dorobku Christensena i okrzyknięta została arcydziełem, powieścią kultową. Ja jestem nią zachwycona, chociaż zdaję sobie sprawę, iż Półbrat nie wszystkim przypadnie do gustu.
Moje uznanie dla tłumaczki książki. Christensen ma specyficzny styl pisarski i podejrzewam, że przekład blisko tysiąca stron jego prozy musiał być nie lada wyzwaniem. 
Trudno cokolwiek więcej napisać o tej książce. Treści opowiedzieć się nie da, nie da się jej nawet bardziej zarysować. Pozostaje mi tylko zachęcić was do lektury. To trudna i specyficzna pozycja, ale warto sprawdzić jak odbierze się powieść norweskiego pisarza.  
Niedługo nakładem Wydawnictwa Literackiego ma się ukazać kolejna powieść Larsa Saabye Christensen Odpływ.  Już cieszę się na lekturę.


 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Linda. Historia pewnej zbrodni

Wydawnictwo Czarna Owca, Moja ocena 5,5/6
Napiszę tak, dawno lektura żadnej książki nie była dla mnie tak wielkim zaskoczeniem i przyjemnością. To moje pierwsze zetknięcie z twórczością tego szwedzkiego pisarza. Przyznam, że Leif GW Persson całkowicie mnie zaskoczył. Stworzył książkę, której się absolutnie nie spodziewałam. Liczyłam na smutną, tragiczną atmosferę, przytłoczonego kłopotami i trudnym życiem policjanta (jak to w skandynawskich kryminałach). Dostałam zbrodnię, która w pewnym momencie mam wrażenie stała się najmniej ważną, obrzydliwego z wyglądu (opisu) i postępowania detektywa Everta Bäckströma. Nie pamiętam, żebym jakiejś postaci tak szczerze nie polubiła, a przy tym tak szybko nie pochłaniała książki, której jest bohaterem. Bäckström uosabia moim zdaniem wszystko to co najbardziej obrzydliwe, szowinistyczne w męźczyznach. Ksenofob, homofob, szowinista, brudas chodzący w przepoconych ciuchach, ot pan inspektor w całej okazałości. Ma się przy tym za ósmy cud świata i żyje w przekonaniu, że żadna kobieta mu się nie oprze, a sensem życia jest zaliczenie o godzinie 8 rano browara i obejrzenie filmu porno (na płatnym kanale tv, oczywiście na koszt komendy policji). Praca? Od tego ma ludzi, żeby wydawać im dyspozycje. 
Everta Bäckströma nie da się opisać. Jego trzeba "przeżyć", przeczytać o nim. Kuriozalny przypadek. Perssonowi należą się gorące brawa za jakże krytyczne i co tu ukrywać w wielu przypadkach trafne scharakteryzowanie męźczyzn. 
No dobrze, ale ma to być kryminał. I niby jest. Jest morderstwo młodej, doskonale się zapowiadającej słuchaczki policyjnej szkoły. Mała mieścina, miejscowa policja nie daje sobie rady. Na miejsce zbrodni zostaje wysłany oddział sztokholmskiej policji pod wodzą w/w Everta Bäckströma. Założenie jest proste - uwinąć się w kilka dni i wrócić do domu. Taaa, plany dobra rzecz. Po 14 dniach podejrzanego nadal brak. Najskuteczniejsza (jakby zdawało się ) metoda wytypowania podejrzanego - pobranie próbki DNA, trwa i trwa. Bowiem badania DNA maja zostać przeprowadzone na większości mężczyzn w miasteczku. W związku z  tym wacikowa ofensywa DNA toczy się zamaszystym kołem, a mrówcza praca policji zdaje się nie mieć końca. Co z tego wyniknie? Nie zdradzę. Zachęcam do lektury.
Ja stałam się wielką antyfanką, a jednocześnie fanką Everta Bäckströma. Fanką...wbrew zdrowemu rozsądkowi. przecież on uosabia wszystko co najgorsze w męskim rodzie. Jednak Perssona tak nam go przedstawia, że nie sposób go nie polubić, przynajmniej odrobinę.
Strasznie trudno jest ocenić Lindę... Nie jest to ani czysty kryminał, ani thriller, ani kryminał z wątkiem komediowym. To takie w zasadzie..nie wiadomo co. Ale wciąga i przy lekturze świetnie się bawiłam, kilka razy wybuchałam śmiechem. Teksty jakimi w myślach Bäckström komentuje poczynania kolegów, czy świadków są niesamowite, ale jakże celne.
Zakończenie książki zaskakuje, co bardzo mnie zdziwiło. Oczekiwałam, jakiegoś sztampowego rozwiązania, a tu...
Linda...to książka całkowicie odmienna od pozostałych pozycji z Czarnej serii.  Warto dać Pessonowi szansę. Ja lada dzień sięgnę po jego kolejną książkę.

sobota, 16 sierpnia 2014

Moja walka 1.

Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5,5/6
Nie, nie przeczytałam tej książki do wczoraj, taka dobra nie jestem. Jest to dziwna, inna, trudna lektura, którą nie ukrywam zaczęłam podczytywać kilkanaście dni temu, a czytałam w odcinkach, że tak się wyrażę. Recenzję napisałam wczoraj, po długich przemyśleniach. 
Uwielbiam literaturę skandynawską, kocham wspomnienia, nawet te najsmutniejsze, przepełnione goryczą, cenię książki Wydawnictwa Literackiego. W związku z  tym nie potrafiłam odmówić sobie lektury Mojej walki. Byłam niezwykle ciekawa, co takiego w tym jednym z  sześciu tomów wspomnień przeciętnego w sumie człowieka zobaczyli Skandynawowie, iż seria ta podbiła ich serca.
Karl Ove Knausgård napisał zwykłą, a jednocześnie niezwykłą bio­gra­ficz­ną po­wie­ść, którą zy­skał mię­dzy­na­ro­do­wą sławę i… nie­na­wiść człon­ków wła­snej ro­dzi­ny. Kilkoro kuzynów, wujków etc wytoczyło mu nawet procesy o zniesławienie. Wyobraźcie sobie, jaka musi być treść książki, skoro sam autor zdaje sobie sprawę z tego, czym jest i tak o tym pisze:
 (...)Wysłałem wydruk do wszystkich, o których pisałem. Niektóre zastrzeżenia rozważyłem, tego, co zostało, nie łagodziłem. Ale i tak to, co zrobiłem, jest niemoralne i pozbawione empatii. Nie można ranić, upokarzać innych(...)
Pierwsze co uderza w trakcie lektury to brutalność i smutek. Moja walka jest niesamowicie smutna, ostra, pozbawiona jakiegokolwiek wyciszacza, czegoś co odrobinę wygładziłoby trudną, bolesną, ostrą treść. Opisuje dokładnie swoje dzieciństwo, problemy z jakimi borykali się jego najbliżsi, rodzinne awantury, święta, poszczególnych członków rodziny, szkołę. Wiele poruszających opisów znajdziemy w  Mojej walce. Ot chociażby alkoholizm ojca, który nie trzeźwiał przez x czasu i umarł w brudnej walącej się chałupie, obsikany, wśród spleśniałego jedzenia, robaków, a wódkę cały czas donosiła mu matka, czyli babka autora wspomnień etc. Czyli nie owijając w przysłowiową bawełnę, opisuje to wszystko, co go ukształtowało, co sprawiło, iż jest człowiekiem jakim jest. Rzadko kto ma idealne dzieciństwo, ale jego było tak smutne, że momentami w trakcie lektury miałam nadzieję, że choć trochę przesadził w opisach. Do tego daleko posunięty wręcz ekshibicjonizm. Tak, takie słowo będzie odpowiednim żeby określić ile siebie, swoich uczuć, przeżyć odsłania w Mojej walce Knausgård.
Drugą sprawą, która uderza, jak obuchem jest fakt, iż autor przemawia jakby z wnętrza czytelnika, przynajmniej ja miałam takie wrażenie. W kilku momentach czułam tak, jakby mówił dokładnie to, co w danej sytuacji sama bym powiedziała. Może na tym polega sukces wszystkich sześciu tomów. Czytelnicy mogą się z pisarzem, jego życiem w większym lub mniejszym stopniu identyfikować. Ja utożsamiałam się z nim w niewielkiej części spraw, wypowiedzi, zdarzeń, ale i tak ta książka wywarła na mnie spore wrażenie i mam po jej lekturze bardzo mieszane uczucia.
Nie wiem, czy te tomy miały być swoistą psychoterapią, czy spowiedzią, a może po prostu autor chciał zarobić sporą sumę i zaszokować czytelników. Niezależnie od tego, jaki był powód sięgnięcia po pióro, jestem pewna, iż cel został osiągnięty. Chociaż uważam, iż Knausgård zbyt wiele opisał. Momentami trąci mi to trochę może nie tyle zagraniem pod publikę, pod czytelnika, co chęcią stworzenia czegoś wyjątkowego, szokującego, oburzającego, zapisania się w pamięci. To na pewno autorowi udało się.
Czekam na kolejne tomy. Jestem ciekawa co takiego zawarł autor na łącznie 2,5tys stron, jak przebiegało jego życie, co wyziera z tych kart. Czy w kolejnych tomach będzie dalej ostro, bez owijania w bawełnę, acz sensownie, czy będzie to lanie wody, byle tylko napisać jak najwięcej?! Mam nadzieję, że Norweg zachowa wysoki poziom z Mojej walki. 
Niewątpliwie norweskiej spowiedzi nie można porównać do Prousta. Stawianie obu dzieł na jednej szali jest nieporozumieniem i krzywdą dla francuskiego pisarza. Inny styl pisarski, inny język, inny gatunek pisarza.  Niemniej Moja walka to kawał dobrej, smutnej, tragicznej, ostrej, szczerej do bólu opowieści o losie smutnego chłopca. Zachęcam do lektury. Warto, doskonale napisane, ostre, zmuszające do zastanowienia. A czy dobre i czy wam się spodoba...to już inna kwestia.

piątek, 15 sierpnia 2014

Laura Tom 1

Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 4-/6
Nie ukrywam, że czytając wydawnicze porównanie do Twin Peaks (na marginesie - uwielbiam ten serial) spodziewałam się równie wspaniałej i klimatycznej książki. I niestety rozczarowałam się. Tzn. Laura jako taka nie jest złą powieścią (choć nie jest arcydziełem). Może gdyby nie zapowiedzi wydawnicze...
Jedynym punktem łączącym omawianą książkę z w/w serialem jest tajemnicze zaginięcie uczennicy Laury i liczne tajemnice, które posiada zaginiona, a które w trakcie śledztwa odsłaniane są jedna po drugiej. Dochodzenie rozpoczyna przybyła do Palokaski po wielu latach nieobecności Mia, która objęła posadę pedagoga w szkole, w której uczyła się zaginiona. Mia ma do tego predyspozycje. Przez ostatnie lata pracowała jako konsultantka w policji i brała udział w organizowaniu grupy do spraw mediów społecznościowych, zna także większość mieszkańców Palokaski. A propos Mii mała dygresja, a właściwie chwila zastanowienia, czy jest ona typowym przykładem fińskich wyzwolonych kobiet po 30-tce? Jeżeli tak to strach się bać. Kobieta doskonale wykształcona, ale uzależniona od portali społecznościowych i mam wrażenie, że także seksu z przypadkowymi męźczyznami oraz kalorycznych przysmaków oraz z mnóstwem problemów wewnętrznych. 
Ale wracajmy do śledztwa. Mia nawet przez moment nie przypuszcza, iż rozpoczynając je otwiera coś jeszcze gorszego niż przysłowiowa puszka Pandory. Na jaw wychodzą różne tajemnice, niektóre błahe inne okropne, przerażające. I to powiedzmy w jakiś tam minimalny sposób łączy Laurę z Twin Peaks. Brak jednak czegoś podstawowego, czym jest to nieuchwytne coś, co niewątpliwe posiadał serial Davida Lyncha - brak atmosfery, grozy, tajemnicy, brak ikry. 
Gdybym dostała Laurę bez okładki, bez notek wydawniczych, oceniłabym książkę wyżej. Czyli z tego wniosek, że wydawniczy PR nie zawsze służy książkom. Ponieważ jest to 1. (z zaplanowanych trzech) część historii, nie skreślam Laury całkowicie. Postanowiłam sięgnąć po kolejny tom licząc, iż autorzy postawią sobie wyżej poprzeczkę i do niej dociągną. Potencjał jest, możliwości także, zobaczymy co z tego wyjdzie. 
Tak jeszcze się zastanawiam, gdyby wydać całą książkę od razu, może to by jakoś ożywiło lekturę, bo momentami śledztwo ciągnęło się odrobinę, a zakończenie jest takie jakieś zawieszone w próżni, jakby ktoś bez zastanowienia zdecydował - o tu zrobimy koniec 1. tomu, ciach tniemy. 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Wykolejony

Wydawnictwo Literackie, Moja ocena 5,5/6
Krefeld, to nowe u nas nazwisko na liście skandynawskich autorów. I wbrew temu, co ostatnio obserwuje się wśród skandynawskich autorów kryminałów niemały talent. W Danii (a także poza nią) autor jest znany. Na jego polski debiut Wydawnictwo Literackie wybrało książkę Wykolejony. 
Mocne wejście:)
To pierwsza część serii, której głównym bohaterem jest detektyw w trakcie przymusowego urlopu zdrowotnego, Thomas „Ravn” Ravnsholdt. Wspomniany przymusowy urlop ma posłużyć Thomasowi do poskładania samego siebie, przejścia skomplikowanej terapii psychologicznej i wyjścia z ciągu alkoholowego. Jednak wszystko idzie nie tak. Thomas na terapię nie chodzi, zamiast pozbierać się psychicznie, jeszcze bardziej się rozlatuje rozpamiętując zabójstwo ukochanej kobiety, z nałogu nie wychodzi, wręcz przeciwnie. Na powierzchni trzyma go nadzieja na złapanie zabójcy ukochanej i najwierniejszy z przyjaciół, dwuletni pies, który mieszka z nim na barce. 
Pewnego dnia do Thomasa zwraca się znajomy z  prośbą o pomoc w odnalezieniu córki nielegalnie przebywającej w Danii Litwinki. Masza, młoda, piękna kobieta zaginęła 3 lata temu. Policjant jest niechętny prośbie kolegi, lekceważy zaginięcie 22-latki, jednak coś, pewien drobny fakt sprawia, iż zaczyna interesować się sprawą. W efekcie rozpoczętego na własną rękę śledztwa wyjeżdża do Kopenhagi, gdzie krok po kroku podąża za Maszą. Intuicja go nie zawodzi, a policyjny nos prowadzi do najmroczniejszych zakamarków szwedzkiej stolicy, do miejsc, o istnieniu których większość czytelników nigdy nawet nie myślała. 
Książkę czyta się doskonale, niezwykle szybko. Mimo początkowych obiekcji (że każdy pisać kryminały próbuje i to na pewno będzie kolejny gniot...) z chwilą rozpoczęcia lektury autor wciągnął mnie zarówno w dramat Thomasa, jak i Maszy. 
Ogromnym plusem książki jest akcja, która rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych, a którą możemy śledzić równocześnie. Opowiada ja trzech narratorów.
Pierwszym narratorem jest zaginiona Masza. Poznajemy ją, gdy jest bardzo popularną call girl i na swoje nieszczęście postanawia pomóc zadłużonemu u bałkańskiej mafii chłopakowi. Jej dalsze koleje losu, zejście aż na dno ludzkiego piekła, śledzimy poprzez zapiski w pamiętniku, który sporządza dla matki, licząc, że ta kiedyś po jej śmierci otrzyma notatki i będzie o córce pamiętać. Jednak nie tak łatwo jest umrzeć, nawet gdy się tego bardzo pragnie. Dlatego razem z Maszą przez kolejne 3 lata obsługujemy kolejnych klientów, szprycujemy się narkotykami i czekamy na wolność. Obojętnie czy będzie nią śmierć czy wyzwolenie przez policję. 
Drugim narratorem jest 10-letni Erik. Jego historia rozpoczyna się w 1980 roku. Co historia chłopca i to rozgrywająca się 30 lat wcześniej ma wspólnego z zaginięciem i piekłem Maszy? Tego nie zdradzę.
Trzecim narratorem jest nasz samotny bohater, dzielny urlopowany, obecnie tropiący Maszę policjant, Thomas „Ravn” Ravnsholdt. 
Krefeldowi należą się gorące brawa przede wszystkim za stworzenie doskonałych bohaterów. Każda z odmalowanych przez niego postaci jest nietuzinkowa, każda się czymś wyróżnia (niestety na ogół emanującym z niej złem). Jednak w/w trójka zasługuje na najwyższe uznanie. Każdy z nich wg. powszechnie przyjętych kanonów powinien być potępiony. Życie, jakie prowadzą jest takie, że większość z nas odwróci się z mieszaniną przerażenia i obrzydzenia w oczach. Czy całą trójkę można jednakowo oceniać? Czy można ich potępiać? Co nimi kierowało, żeby zachować się w taki, a nie inny sposób? I kto tak na prawdę jest tytułowym wykolejonym?
Gorąco zachęcam do lektury

niedziela, 13 kwietnia 2014

Bubble

Wydawnictwo Czarna Owca, Okładka miękka, Moja ocena 5/6
Pierwsze dwa tomy trylogii recenzowałam o tutaj.
Trochę się obawiałam, jaki będzie trzeci tom, czy autor nie wyeksploatował się odrobinę we wcześniejszych częściach. Były to jednak obawy bezzasadne. Trzeba de la Motte przyznać, iż do końca trzyma wysoki poziom, chociaż nie przeczę, 1. część trylogii była jednak najlepsza. Bubble to doskonała kulminacja znakomitej trylogii. 
HP nadal otacza Gra, mimo, iż ten usilnie stara się od niej izolować. Jednak gdy już zaczniesz zadawać się z Grą, nie ma (jak się okazuje) odwrotu. Gra wciąga i wiąże ze sobą nierozerwalnie. HP dochodzi do wniosku, że jeśli ma raz na zawsze uwolnić się od Gry, to musi rozpracować ją od środka i poznać mechanizmy, jakie nią rządzą, stanąć oko w oko z Przywódcą. Zaprowadzi go to na granice może nie człowieczeństwa i wytrzymałości, ale z pewnością dojdzie do momentu, gdy ścigany i inwigilowany przez policję, zaszczuty jak zwierze, poraniony otrze się o śmierć i sam już nie będzie wiedział w co wierzyć, a w co nie. 
Akcja ponownie toczy się dwutorowo, poznajemy więc także dalsze losy Rebeki, siostry HP. To co spotka kobietę znowu będzie związane z bratem, Grą i znacznie większą całościowo intrygą.
Zakończenie choć w części przewidywalne, i tak zaskakuje w wielu momentach. 
Można autorowi co prawda zarzucić, iż w dwóch pierwszych tomach zaskakiwał różnymi ciekawymi rozwiązaniami, nowymi, unikalnymi pomysłami, a w Bubble tego brakuje. Fakt, ale trzeci tom, to moim zdaniem swoiste zwieńczenie, taka wisienka na torcie, gdzie doprowadza się do końca wątki z poprzednich tomów. Trudno w takim przypadku o jakieś super nowości.
Bubble nadal czyta się z przyjemnością. Fani poprzednich tomów (jak ja) z pewnością będą usatysfakcjonowani. 
Moja przygoda z trylogią o alternatywnej rzeczywistości, o Grze zakończona. Liczę jednak, iż autor wyda wkrótce kolejną książkę. Ja z pewnością po nią sięgnę.