Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imani. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

"Dom ze ślepą werandą" Herbjørg Wassmo




Czytanie „Domu ze ślepą werandą” ma jeden minus – wiem, że to pierwsza część trylogii, dwóch pozostałych tomów nie przetłumaczono na polski, na angielski również nie, a po norwesku już się raczej czytać nie nauczę. Mam jednak nadzieję, że kiedyś doczekam się tłumaczenia na jakiś znany mi język. W końcu jeśli wydano „Pokolenie”, to może i „Dom ze ślepą werandą” też się doczeka. Po przeczytaniu tej książki wiem już, że powinien, bo to doskonała proza. Kilkanaście stron zajęło mi wgryzanie się w powieść, a potem nie mogłam już oczu od niej oderwać, bo bałam się, że coś mi umknie, że coś przeoczę. Skończyłam czytać, gdy prawie świtało, bardzo nierozsądnie mając dwójkę dzieci. 

Herbjørg Wassmo potrafi słowem opisać każdy odcień mroku życia, szarość codziennego dnia, ciemność zaułków ludzkiej duszy. Jasnych momentów w tej książce jest niewiele, próbują się przebić, ale zostają stłamszone przez ciemność i „groźność”.

Gdzieś na Lofotach, w małej rybackiej wiosce, mieszka w wieloizbowcu rudowłosa Tora. W trudnych powojennych latach pięćdziesiątych, gdzie nikt nie ma pieniędzy, a wielu także pracy, ubrania przerabia się wielokrotnie, wychodek jest punktem spotkań mieszkańców i miejscem odosobnienia, jest chłodno i głodno -jej dzieciństwo nie jest wesołe. Matka pracuje ciężko oprawiając ryby, a ojczym Henryk... Najlepiej żeby nie istniał. Jej życie jest napiętnowane, urodziła się bowiem ze związku jej matki z okupantem. Z Niemcem. W Norwegii jeszcze nie zapomniano, pamięć o  tragicznych latach pod niemiecką okupacją jest wciąż żywa i krwawi, zieje nienawiścią. Co ważne, nie urodziła się z przemocy, a z miłości i to Norwedzy zabili jej niemieckiego ojca. 

Powieść nie miałaby może aż tak tragicznej wymowy, gdybyśmy nie patrzyli na wszystkie wydarzenia oczami Tory. To ona nam obnaża swoje leki, przerażenie, niemoc, nienawiść. To ona słowami skrzywdzonej dziewczynki opowiada nam o tym, jak to jest być dzieckiem molestowanym seksualnie, które nie może uwolnić się od swojego oprawcy. Dla Tory bowiem nie jej pochodzenie jest przekleństwem, ale owa groźność. Opowiada o tęsknocie za matką, która chociaż jest blisko, to jednak jest daleka, bo sama nie może się uporać ze swoimi demonami. A Tora nie ma nikogo, tylko ją. A przecież „Dzieciaki zawsze były sprawą kobiet”. 
Tora nie prosi o pomoc, nie skarży się nikomu, sama niesie swój krzyż, bo nie przyszłoby jej do głowy, że może być inaczej i że mozna coś zmienić. Strach to jej drugie imie, a beznadzieja trzecie. I ten strach oraz beznadzieja udzielają się czytelnikowi.
Mroczna i bardzo smutna to opowieść, aż chciałoby się mieć możliwość doczytania jak potoczą się losy Tory i innych mieszkańców wieloizbowca. Czy można jednak mieć odrobinę nadziei? Myślę, że nie. Może kiedyś się przekonam, czy miałam rację. 

Jesli ktoś, kiedyś będzie miał możliwość przeczytania, to polecam ogromnie, mimo trudnej tematyki. Wassmo jest mistrzynią opisywania ludzkich dramatów, jest jedną z niewielu pisarzy, którzy potrafią naprawdę wstrząsnąć czytelnikiem. 

niedziela, 25 stycznia 2015

Dom ze ślepą werandą - Herbjørg Wassmo

Ochota na przeczytanie „Domu ze ślepą werandą” 
Herbjørg Wasmo naszła mnie niespodziewanie. Tak sobie kiedyś myślałam o książkach, które zrobiły na mnie duże wrażenie i wśród nich jest „Księga Diny” tejże autorki. Zatęskniłam za tym specyficznym prowadzeniem opowieści i zaglądaniem do mrocznych dusz ludzkich.  Czytanie „Domu ze ślepą werandą” ma jeden minus – wiem, że to pierwsza część trylogii, dwóch pozostałych tomów nie przetłumaczono na polski, na angielski również nie, a po norwesku już się raczej czytać nie nauczę. Mam jednak nadzieję, że kiedyś doczekam się tłumaczenia na jakiś znany mi język. W końcu jeśli wydano „Pokolenie”, to może i „Dom ze ślepą werandą” też się doczeka. Po przeczytaniu tej książki wiem już, że powinien, bo to doskonała proza. Kilkanaście stron zajęło mi wgryzanie się w powieść, a potem nie mogłam już oczu od niej oderwać, bo bałam się, że coś mi umknie, że coś przeoczę. Skończyłam czytać, gdy prawie świtało, bardzo nierozsądnie mając dwójkę dzieci. 

Herbjørg Wassmo potrafi słowem opisać każdy odcień mroku życia, szarość codziennego dnia, ciemność zaułków ludzkiej duszy. Jasnych momentów w tej książce jest niewiele, próbują się przebić, ale zostają stłamszone przez ciemność i „groźność”.

Gdzieś na Lofotach, w małej rybackiej wiosce, mieszka w wieloizbowcu rudowłosa Tora. W trudnych powojennych latach pięćdziesiątych, gdzie nikt nie ma pieniędzy, a wielu także pracy, ubrania przerabia się wielokrotnie, wychodek jest punktem spotkań mieszkańców i miejscem odosobnienia, jest chłodno i głodno -jej dzieciństwo nie jest wesołe. Matka pracuje ciężko oprawiając ryby, a ojczym Henryk... Najlepiej żeby nie istniał. Jej życie jest napiętnowane, urodziła się bowiem ze związku jej matki z okupantem. Z Niemcem. W Norwegii jeszcze nie zapomniano, pamięć o  tragicznych latach pod niemiecką okupacją jest wciąż żywa i krwawi, zieje nienawiścią. Co ważne, nie urodziła się z przemocy, a z miłości i to Norwedzy zabili jej niemieckiego ojca. 

Powieść nie miałaby może aż tak tragicznej wymowy, gdybyśmy nie patrzyli na wszystkie wydarzenia oczami Tory. To ona nam obnaża swoje lęki, przerażenie, niemoc, nienawiść. To ona słowami skrzywdzonej dziewczynki opowiada nam o tym, jak to jest być dzieckiem molestowanym seksualnie, które nie może uwolnić się od swojego oprawcy. Dla Tory bowiem nie jej pochodzenie jest przekleństwem, ale owa groźność. Opowiada o tęsknocie za matką, która chociaż jest blisko, to jednak jest daleka, bo sama nie może się uporać ze swoimi demonami. A Tora nie ma nikogo, tylko ją. A przecież „Dzieciaki zawsze były sprawą kobiet”. 
Tora nie prosi o pomoc, nie skarży się nikomu, sama niesie swój krzyż, bo nie przyszłoby jej do głowy, że może być inaczej i że mozna coś zmienić. Strach to jej drugie imię, a beznadzieja trzecie. I ten strach oraz beznadzieja udzielają się czytelnikowi.
Mroczna i bardzo smutna to opowieść, aż chciałoby się mieć możliwość doczytania jak potoczą się losy Tory i innych mieszkańców wieloizbowca. Czy można jednak mieć odrobinę nadziei? Myślę, że nie. Może kiedyś się przekonam, czy miałam rację. 



Jeśli ktoś, kiedyś będzie miał możliwość przeczytania, to polecam ogromnie, mimo trudnej tematyki. Wassmo jest mistrzynią opisywania ludzkich dramatów, jest jedną z niewielu pisarzy, którzy potrafią naprawdę wstrząsnąć czytelnikiem. 

środa, 20 listopada 2013

Niech wieje dobry wiatr - Linda Olsson

„Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson stała już na mojej półce długo, nawet już nie pamiętam kiedy i dlaczego ją kupiłam. Weszłam w świat tej książki bez znajomości nawet opisu z tylu okładki i dobrze, bo nie powinno się go czytać przed lekturą. Misterny świat debiutanckiej powieści Olsson, w którym w tle gra druga część trzeciej sonaty d-moll na skrzypce i fortepian Brahmsa, oczarował mnie od pierwszej strony. Wspaniale jest odnaleźć na własnej biblioteczce prawdziwą perełkę, która uwiedzie lirycznym językiem, zadziwi pięknymi pejzażami, wzburzy fale emocji.
Potrzebowałam dobrych kilku dni, aby ochłonąć, a i teraz nie wiem, czy jestem w stanie o tej książce napisać, bo nie chcę zburzyć obrazów, które mam w głowie, pisać o niej nieporadnymi słowami, które nie są w stanie oddać, jak piękna jest to książka.

„Niech wieje dobry wiatr” to opowieść o dwóch kobietach. Veronika to trzydziestoletnia początkująca pisarka, która wyjeżdża do Västra Sängeby, aby uciec przed demonami przeszłości i spróbować zmierzyć się ze swoją drugą książką. Astrid to staruszka, mieszkająca tam od zawsze, która uczyniła świadomie ze swojego domu własne więzienie, wybrała los pustelnicy otrzymując tym samym przydomek wiedźmy i dziwaczki. Obydwie zaś mają blizny na duszy, ale także wciąż krwawiące rany. Różni ich tak wiele, a jednak powoli łączy ich subtelna nic porozumienia, która z czasem zmienia się w głęboką przyjaźń opartą na intuicji, umiejętności słuchania i ogromnym takcie. Taką, kiedy niewypowiedziana myśl już łączy się z myślą drugiej strony, a spojrzenie i delikatny dotyk znaczy więcej niż potok słów. Astrid i Veronika odkrywają przed sobą fragmenty swoich historii, te najważniejsze, ukryte gdzieś głęboko i nigdy wcześniej niewypowiedziane na głos. Przepiękny dialog dwóch zranionych, samotnych serc. Przeglądają się w sobie niczym w lustrach, a słowa i obecność tej drugiej mają moc oczyszczającą i uzdrawiającą. Kiedyś Astrid napisze: "Poznałaś mnie jak nikt inny na świecie. Przez bardzo długi czas czerpałam ulgę z tego, że nic nie miałam. Nikogo. Teraz jednak wiem, że nie jesteśmy stworzeni, aby żyć w ten sposób”.
Nad ich opowieściami unosi się zapach symbolicznych poziomek, tragicznych konwalii oraz naleśników. I muzyka.

Linda Olsson przepięknie opowiada o ludzkich uczuciach i samotności, tak subtelnie i z ogromnym wyczuciem. Język wibruje, wabi dźwiękiem, kolorem, smakiem i zapachem. Można się zanurzyć w tej tragicznej historii i zapomnieć o całym świecie wokół.
Jeszcze jedna rzecz poruszyła mnie bardzo w tej książce. Przyroda.
Przyroda, która odgrywa ważną rolę, a Autorka maluje niezwykle poetyckie pejzaże nacechowane sentymentem osoby, która mieszka daleko od swego rodzinnego kraju i przechowuje zapamiętane widoki niczym cenne klejnoty w szkatułce swoich wspomnień.

Wstrząsająca emocjonalnie powieść, smutna, a jednak przywołująca uśmiech na twarzy i dająca nadzieję.
“Niech wieje dobry wiatr.
Niech sypie bialy śnieg.”
Jedna z najpiękniejszych opowieści o kobietach, jaką dane mi było przeczytać.

  

niedziela, 13 października 2013

Święty Psychol - Johan Theorin


Uwielbiam to uczucie, kiedy po zamknięciu książki mam to poczucie, że właśnie przeczytałam coś dobrego. Tak do tej pory miałam ze wszystkimi książkami Johana Theorina. „Święty Psychol” nie należy do kwartetu olandzkiego, to zupełnie inna historia, której akcja ma miejsce głównie w sennym, małym miasteczku Valli. Nie jest to też kryminał, chociaż trupy są, nawet dwa, ale dopiero pod koniec książki. To raczej thriller z elementami powieści psychologicznej lub powieść psychologiczna z elementami thrillera. Nie mogę się zdecydować za która opcją się opowiedzieć. Za to oczywiste dla mnie jest to, że „Święty Psychol” to kolejna bardzo dobra książka szwedzkiego autora, podczas lektury której lęk czai się gdzieś pod skórą, a atmosfera zagrożenia wisi w powietrzu.

Szpital Psychiatryczny Świętej Patrycji nazywany jest przez mieszkańców miasteczka Świętym Psycholem. To tam za jego murami leczą się pacjenci, sławni niejednokrotnie na cały kraj z powodu strasznych czynów, których się dopuścili. Tuż obok szpitala mieści się przedszkole dla dzieci, których jeden  z rodziców znajduje się w owej leczniczej placówce. Przedszkole i szpital są połączone łącznikiem, przez który dzieci przechodzą do pokoju odwiedzin, gdzie mają okazję spotkać się z ojcem lub matką. Jest to ważny punkt terapii nie tylko dla pacjentów, ale także namiastka normalności dla dzieci, które w ten sposób nie są pozbawione kontaktu z rodzicem. W owym przedszkolu zwanym „Polaną” pracę otrzymuje nowy wychowawca przedszkolny Jan Hauger, mający już kilkuletnie doświadczenie w opiece nad dziećmi, jednakże do tej pory pracujący wyłącznie na zastępstwa, a praca w przyszpitalnym przedszkolu ma być jego pierwszą stałą pracą.

Z początku Jan nie budzi żadnych zastrzeżeń, wydaje się być sympatyczny i bardzo oddany dzieciom, ale z czasem dowiadujemy się o nim coraz więcej, a ta wiedza budzi ogromny niepokój. Jan bowiem ukrywa straszną tajemnicę, a nawet dwie. Jedna z nich dotyczy pewnej placówki o nazwie „Ryś” i zaginięcia pewnego chłopca, a druga dzieciństwa samego Jana. Szybko orientujemy się, że Jan nie wybrał „Polany” przypadkowo, to było głęboko przemyślane posunięcie. Coś więcej łączy Jana ze Świętym Psycholem...

Akcja „Świętego Psychola” jest niespieszna, ale wcale nie znaczy to, że się wlecze, przebiega w kilku przestrzeniach czasowych, ale wcale nie jest zagmatwana. Wszystko w niej jest przemyślane i logiczne, a Theorin świetnie buduje napięcie.
To książka o tym, jak bardzo można skrzywdzić dziecko i jakie dramatyczne konsekwencje tego ponosi już dorosły człowiek. To opowieść o samotności, niezrozumieniu, lęku przed ludźmi. To historia o wielkiej miłości z dzieciństwa, z którą nic się już później nie może równać. Niby wszystko jest takie jasne, proste i przewidywalne, ale to tylko pozory.
Prosta historia, a napisana w taki sposób, że emocje sięgają zenitu i tylko trochę słabną po przeczytaniu zaskakującego zakończenia.
Kolejna świetna książka Johana Theorina, która tylko zaostrza apetyt na więcej. 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Błąd komisarza Palmu - Mika Waltari


Komisarz Frans Palmu to jeden z najbardziej irytujących detektywów, jakich znam. Przekonałam się już o tym czytając „Kto zabił panią Scrof?”. Przy tym jest niezwykle zabawny, ze swoim kreowaniem się na wielkiego erudytę, zamiłowaniem do dobrych cygar, wykwintnych posiłków i przejażdżek taksówkami, za które nie znosi płacić. To śledczy w starym, dobrym stylu Sherlocka Holmes’a, który kolekcjonuje wszystkie ślady, dedukuje i jest zawsze kilka kroków przed całą resztą – swoimi współpracownikami oraz nami, czytelnikami.

„Błąd komisarza Palmu” zabiera nas do Helsinek, które tym razem są jakby na uboczu, nieco zamglone, a przez to kierujące naszą uwagę wyłącznie ku kryminalnej zagadce. Taivo Virta i tym razem jest narratorem powieści, dalej jest niedomyślny i gapowaty. Oprócz kariery policjanta osiągnął sukces jako autor powieści na temat morderstwa pani Scrof. To oczywiście nie znajduje uznania w oczach jego przełożonego, ale jestem przekonana, że Palmu skrycie zazdrości mu i wyższego wyksztalcenia i elokwencji i samej książki. Swoja sympatię dla młodego stażysty starannie ukrywa, dalej odnosi się do niego arogancko i wyśmiewa jego hipotezy śledcze.

Nic nie zapowiada, że senny poniedziałek zostanie zakłócony wiadomością o domniemanym wypadku helsińskiego playboya i milionera. W willi denata Brunona Rygsecka, udziałowca koncernu Rykamo, jest podejrzanie tłoczno, już z samego ranka zebrała się tam nie wiadomo po co finansowa elita Helsinek.  Waltari buduje akcję i kreśli bohaterów tak, że wszyscy są podejrzani, fotograficznie wręcz kreśli ich portrety oraz dba o detale. Każda osoba zresztą coś ukrywa i kłamie. Jakże uwierzyć, że Brunon pośliznął się na mydle, wpadł do basenu i utopił się we własnej łazience przy zgaszonym świetle? Aby rozwiązać tą zagadkę, w której dochodzenie opiera się tylko na poszlakach, Palmu musi poskromić swoją naturę i zagrać rolę kompletnego nieudacznika i bardzo przeciętnego detektywa tylko po to, aby na końcu złapać wszystkich w garść i wprowadzić w olbrzymie zdumienie.

Drugi tom cyklu o komisarzu Palmu podkreśla klasę Waltariego nie tylko jako twórcy powieści historycznych, ale także jako autora powieści kryminalnych. „Błąd komisarza Palmu” to klasyka gatunku, bez trupów ścielących się co drugą stronę, morza krwi i kaskaderskich pościgów, za to trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony i zaskakująca zaskoczeniem. Sama oczywiście próbowałam rozwikłać zagadkę, ale bliżej było mi do stażysty Virty niż do Palmu, to zaś dla mnie także oznacza, że przeczytałam świetny kryminał.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

niedziela, 25 sierpnia 2013

Egipcjanin Sinuhe - Mika Waltari


„Egipcjanin Sinuhe” Waltariego to, mam wrażenie, jedna z tych książek, którą czytali wszyscy oprócz mnie. Podskórnie czułam, że to książka, którą będę smakować powoli i ogromnie się cieszyć każdym napisanym słowem. Nie myliłam się. To ponad 600 stron pięknej, napisanej kwiecistym językiem, lektury, osadzonej w starożytnym Egipcie za czasów panowania Amenhotepa IV Echnatona.
Kilka książek historycznych z tego okresu już czytałam, więc wiele rzeczy było mi znanych, co jednak wcale nie powodowało, że książkę czytałam z mniejszym zainteresowaniem, wręcz przeciwnie. Realia powieści są dobrze oddane, jeśli chodzi o stan wiedzy z pierwszej polowy XX wieku, niektóre wątki oparte są na ówczesnych przypuszczeniach, ale i teraz, mimo badan DNA, wciąż nie wiemy wszystkiego o XVIII dynastii. Wciąż na przykład naukowcy spierają się, gdzie faktycznie był pochowany faraon Echnaton, a to tylko jedna z wielu wątpliwości.

Książka to rodzaj pamiętnika – spowiedzi lekarza Sinuhe, byłego królewskiego trepanatora, który w jesieni swego życia został wygnany z ziemi egipskiej na wybrzeże Morza Czerwonego. Chociaż wielokrotnie podkreśla, że spisuje on swoje dzieje dla siebie, to dbałość z jaką to robi oraz przechowuje piętnaście ksiąg traktujących o jego życiu sugeruje, iż ma on nadzieję, że ktoś kiedyś je przeczyta i wyciągnie wnioski.
Opowiada on nam koleje swego życia zaczynając od dzieciństwa, kiedy jako noworodek został znaleziony, niczym Mojżesz, w łódce uplecionej z sitowia, zaplatanej w szuwarach Nilu. Sinuhe nie został jednak odnaleziony przez egipską królową, a przez Kipe, żonę lekarza biedoty - Senmuta. Bezdzietna para usynowia go, a Kipa nadała mu baśniowe imię, które niejako zdeterminowało jego losy. Sinuhe dostaje od swoich przybranych rodziców wszystko co najlepsze, przede wszystkim miłość, mądre rady, ale także możliwość poznania pisma, a to w tamtych czasach otwierało wiele drzwi. Sinuhe początkowo uczy się sztuki lekarskiej od Senmuta, później od kaplanow Amona, ale wciąż jest głodny wiedzy i poznania odpowiedzi na najstarsze pytanie świata: „dlaczego?”. Dzięki łutowi szczęścia poznaje odpowiednich ludzi lub po prostu znajduje się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, a to zmienia jego życie na zawsze. Zostaje cenionym lekarzem, także na dworze faraona i zaufanym człowiekiem Horemheba. Syria, Babilon, Mitanni, Amurru, Hatti, Kreta – te wszystkie miejsca poznał Sinuhe, w nich uczył się sztuki lekarskiej, zdobywał cenne informacje dla swoich ważnych, egipskich przyjaciół, ale także uczył się życia. O ile podróże pozwoliły mu nabrać biegłości w zawodzie lekarza, to niestety w życiu nie radził sobie kompletnie, w czym nie pomagała mu głowa nabita ideałami i ideami oraz skłonność do filozofowania. Nie na darmo Echnaton nadał mu imię Ten, Który jest Samotny. Spotkane na życiowej ścieżce kobiety przynosiły mu bol i cierpienie, począwszy od okrutnej i pięknej kurtyzany Nefernefernefer, poprzez Mineę – wielką, platoniczną miłość Sinuhe, kapłankę kreteńskiego boga-byka, a skończywszy na Merit – barmance z „Ogona Krokodyla”.

Dobry, na ogół szlachetny Sinuhe wydaje się czasami postacią nieco mdłą, szczególnie jeśli zestawimy go z barwnym, niezwykle charakternym Kaptahem – jego niewolnikiem i przyjacielem. Tak, Kaptah był zdecydowanie tym wszystkim, czym Sinuhe nigdy nie był. Ta niezwykła przyjaźń i trwanie przy sobie jest niezwykle barwnym wątkiem powieści, a polemiki, które toczą ze sobą pan i jego niewolnik niejednokrotnie wyciskają łzy śmiechu. Jeśli już jestem przy rozmowach, to nadmienię, że postacie w „Egipcjaninie Sinuhe” nie rozmawiają ze sobą, one do siebie przemawiają, pouczają się wzajemnie, często ubarwiając swe wypowiedzi złotymi myślami. Styl bardzo specyficzny, ale idealnie oddający charakter tamtych czasów, a genialne "twoja mowa jest dla mnie jak brzęczenie much", pojawiajace się zresztą wielokrotnie, nie można wręcz zapomnieć.

Postać Sinuhe jest bardzo ciekawa, ale dla mnie jeszcze bardziej interesująca była cała otoczka historyczna i obyczajowa. Konflikty polityczne, życie dworskie nie tylko na dworze faraona, ale także na dworze króla Babilonu, życie zwykłych ludzi, praktyka lekarska w ówczesnych czasach... Długo mogłabym jeszcze tak wymieniać.

Cokolwiek napisałabym o tej książce, to wiem, że nie jestem w stanie oddać tego, jak bardzo mnie “Egipcjanin Sinuhe”  porwał i jak wielkie na mnie wywarł wrażenie. Niezwykle smutna to i piękna powieść. Najbardziej zadziwia mnie jej ponadczasowość, bo „Nawet gdyby przyszły czasy, kiedy nie będzie już bogatych ani biednych, to zawsze jeszcze będą mądrzy i głupi, chytrzy i naiwni. Tak zawsze było i tak też pozostanie na zawsze. Silny stawia stopę na karku słabego, a chytry wyłudza od naiwnego sakiewkę i każe głupiemu pracować dla siebie”.

sobota, 13 kwietnia 2013

"Ptaki" Tarjei Vesaas


Tarjei Vesaas namalował „Ptaki” słowami, inaczej nie jestem w  stanie określić tej powieści. To piękna, liryczna historia, której lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. Gdzieś z zakamarków pamięci wydobywałam obrazy z  „Żywota Mateusza” Witolda Leszczyńskiego y 1967 roku, ekranizacji powieści, której poetyckie zdjęcia i nastrojowa muzyka dawno temu poruszyły mnie do głębi. Wyraźnie pamiętam niesamowitą kreację Franciszka Pieczki w roli Mattisa i Annę Milewską w roli Hege (Olgi w polskiej wersji). Jednak końcówkę przysłoniła mgła niepamięci. I dobrze, bo mogłam do niemal ostatniej strony powoli smakować tą powieść.

Gdzieś nad brzegiem jeziora, stoi zagubiona wśród lasów chata Mattisa i Hege. Są rodzeństwem i obydwoje dobiegają czterdziestki. Mattis, często jest określany jako mężczyzna o umyśle dziecka, ale ja powiedziałabym, że to raczej ktoś bardzo wrażliwy, nieprzystosowany kompletnie do życia i jego ciemnych stron, ktoś, kto ma nadwrażliwość słuchową nie tylko skierowana na świat zewnętrzny, ale i jego własny, wewnętrzny. Bo Mattis słyszy wszystko, nie tylko ten glos, który nosi w środku. Mnogość bodźców powoduje problemy nie tylko z odbiorem świata i ludzi, ale także w komunikowaniu się. Nie potrafi sprecyzować swoich myśli i odczuć. Jego ostoją, jedynym pewnym punktem, wokół którego kreci się jego życie, jest Hege. To kobieta, która poświęciła siebie, swoje prywatne szczęście dla swojego brata. Samotna, bardzo samotna Hege, potrafi przeniknąć czasami do świata Mattiasa, ale pragnie także, aby on sam był bardziej samodzielny, postarał się znaleźć swoją własną ścieżkę do „normalnego świata”, a ona mogłaby mieć nieco życia dla siebie. Ale ten jej realizm jest często zbyt brutalny dla Mattisa.

źródło
Mattis bardzo się stara zrozumieć świat i ludzi, chociaż ci ostatni sprawiają mu sporo problemów. Analizuje drobiazgowo ich twarze, każde padające słowo, zdaje sobie również sprawę, że za plecami nazywają go „Pomyleńcem”. Sam mówi niemal szyfrem, bo nie jest w stanie w słowach zawrzeć wszystko to, co kłębi się w jego umyśle i mało który człowiek potrafi go zrozumieć. Ci, którzy w jego mniemaniu reagują dobrze na jego słowa, nazywa mądrymi, od innych stroni. Podobnie Mattis dzieli świat – na ten bezpieczny i na ten, który mu zagraża.


źródło
Mattis odbiera otoczenie bardzo sensualnie, potrafi zachwycić się przyrodą, dostrzec piękno tam, gdzie inni przechodzą obojętnie. Piękny widok, czy odkrycie nowego ciągu słonki potrafi dostarczyć mu tyle wzruszeń i radości, że jest w stanie obdzielić nimi wiele swoich dni. W świecie pozbawionym ludzi odnajduje się doskonale i z takim otoczeniem potrafi się porozumieć, czuje się też przez nie bardziej akceptowany.
Ten delikatny  mężczyzna ma w sobie barometr emocji i czuje nadchodzące zmiany. Historia słonki i dwóch drzew w pierwszej i drugiej części książki, są niejako zapowiedzią dramatycznych zdarzeń w trzecim akcie.

„Ptaki” Vesaasa to emocjonalny tryptyk namalowany delikatną kreską. To obraz, który mimo tego, że jest oszczędny w słowach potrafi dotknąć duszy i wzruszyć do łez.





Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

czwartek, 4 kwietnia 2013

"Nie oglądaj się" Karin Fossum


Moje pierwsze spotkanie z Karin Fossum nie było udane. Przeczytałam „Utraconą” i nie mogłam podzielić ogólnych zachwytów, dla mnie to był średni kryminał, w którym mordercę poznałam już na samym początku, więc nie za bardzo widziałam sens czytania całej książki. Przemogłam się jednak, bo myślałam, że dalsza treść mnie zachwyci, tak się jednak nie stało. Lubię prowadzić śledztwo razem z policjantami, odkrywać kolejne ślady i głowić się nad rozwiązaniem zagadki. Nie znoszę, gdy ktoś podaje mi wszystko niemal na talerzu, odbierając przyjemność rozwikłania zagadki. Z tego powodu książka „Nie oglądaj się” długo czekała na swoją kolej, a do samej lektury podeszłam z mocnymi uprzedzeniami, spodziewałam się, że znowu mi się nie spodoba.

W małej norweskiej miejscowości, takiej, gdzie wszyscy się znają, nad brzegiem stawu zostaje znalezione ciało piętnastoletniej dziewczyny. Ułożono je troskliwie i przykryto kurtką. Kto miał powód, aby pozbawić życia młodą, atrakcyjną, wysportowaną Annie? Śledztwo prowadzi doświadczony Konrad Sejer oraz młody i bystry Jacob Skarre. Nie używają żadnych wyrafinowanych metod śledczych. Przede wszystkim chcą się dowiedzieć kim była zrównoważona, cicha i nieufna Annie. Może miała jakiś sekret?

Podczas śledztwa wyłania sią rys charakterologiczny nie tylko samej zamordowanej, ale także jej rodziny, chłopaka, sąsiadów. Dowiadujemy się o ich skrzętnie ukrytych tajemnicach, o tym, jacy są na co dzień, co ich trapi. Nie ma tutaj krwawych poscigów i strzelaniny, a narracja, mimo tego, że wolna, jest niezwykle intrygująca.
Autorka nie raz myli tropy, podrzuca nam nowe fakty, które wywracają nasze podejrzenia do góry nogami, trzyma cały czas w niepewności i napięciu. Niektóre tropy są jednak zbyt oczywiste i gdzieś po przeczytaniu trzech czwartych książki w mojej głowie skrystalizowało się podejrzenie, kto zabił Annie i nie myliłam się. Mimo tego doczytywałam książkę z zainteresowaniem, bo bardzo chciałam się dowiedzieć, czy moje przeczucia mnie nie mylą.

Niezła powieść kryminalna, powiedziałabym nawet, że całkiem dobra. Karin Fossum zaintrygowała mnie bardziej i nie wykluczam, że sięgnę po kolejne powieści tej autorki w przyszłości.

wtorek, 26 marca 2013

Smilla w labiryntach śniegu - Peter Høeg


Wszyscy przywołują wiosnę, a ja mając za oknem wyjący, zimny wiatr (który na mojej wyspie wieje tak często, że mam wrażenie, że nie ma bezwietrznych dni), groźbę kolejnych opadów śniegu tej zimy (który znowu doprowadzi do rozpaczy rodzimych mieszkanców), czytałam “Smillę w labiryntach śniegu” Petera Hoega. Na przekór wszystkiemu.
Kalaallit Nunaat tak nazywa się Grenlandia po grenlandzku. Pięknie. Uczyłam się tego w szkole, ale jakoś nigdy na dobre nie zakorzenił się w mojej głowie fakt, że Grenladia, podobnie jak Wyspy Owcze, należą do Danii. I to, że Grenlandczycy wcale nie kochają Duńczyków. Bo nie mają za co – ale to już zupełnie inna historia.

Smilla kocha lód i wie o nim wszystko. Za to nienawidzi morza. „Jednym z powodów, dla których kocham lód, jest to, że pokrywa wodę, czyni ja stałą, pewną, przejezdną i przewidywalną” – mówi. Urodzona na Grenlandii córka łowczyni i duńskiego lekarza, swoje serce i duszę zostawiła właśnie tam. Jednak śmierć matki brutalnie przerwała jej wzrastanie wśród lodu i śniegu. Ojciec, aby zapełnić kimś pustkę w sercu po odejściu swojej największej miłości, zabiera Smillę do Kopenhagi. To ją łamie, a jej serce skuwa wiecznym lodem. Nigdy nie odnajduje się na duńskiej ziemi, z dala od największej wyspy świata, wciąż nazywa się luksusową Grenlandką. Nigdy też nie wybacza ojcu wyrwania jej z miejsca, które kocha najbardziej na świecie. Piekielnie inteligentna, wyjątkowo cyniczna, nie potrafi podarować cząstki siebie nikomu. Oprócz Esajasa. To od niego zaczyna się ta powieść, a właściwie od jego śmierci. W nim Smilla widzi to, co zostawiła w grenlandzkich wspomnieniach – dnie spędzane z matką, wielką, niezależną kobietą, proste czynności, mroźną krainę zamkniętą w duszy na zawsze. I to właśnie dla tego małego, samotnego chłopca, postanawia odbyć swą podróż przez miasto, morze i lód, aby odkryć prawdę o jego upadku z dachu.

„Smilla w labiryntach śniegu” Hoega to świetna powieść kryminalna. Wątek kryminalny jest doskonale poprowadzony, a mimo tego, że akcja nie jest dynamiczna, to napięcie podczas czytania sięga niemal zenitu. Wszytko oczywiście przyprószone śniegiem, o którego różnego rodzajach opowiada nam mimochodem Smilla. Śnieg i lód nie są tutaj czymś statycznym, są również bohaterami, szczególnie lód, jego siła i opór, który stawia człowiekowi, jest mocno zaakcentowany na stronach powieści. Przyznaję, że nigdy nie myślałam, że z taką fascynacją będę czytała o śniegu i lodzie. A jednak. Peter Hoeg wspaniale pisze. Język i maestria opisów powodowała u mnie niemal fizyczną przyjemność obcowania z książką. Właściwie już po pierwszych stronach poczułam mrowienie w skórze i zagłębiłam się jeszcze bardziej w fotel. Tak, wtedy już przeczuwałam, że to jedna z tych książek, o których będę długo myślała. Wszystko w niej jest przemyślane, a każde słowo precyzyjne. Niczym krok stawiany na kruchym lodzie. Książka pozwoliła mi odkryć przynajmniej cząstkę duszy Eskimosa, jego sposób widzenia świata przez pryzmat śniegu, lodu i rytmu natury.

Tak świetna historia musiała zostać oczywiście sfilmowana. I została. Sceny z „Białego labiryntu” z Julia Ormond i Gabrielem Byrnem czasami miałam przed oczami podczas czytania książki, ale mam dziwne uczucie, że filmu nie obejrzałam do końca lub oglądałam go w kawałkach. To dobrze, bo nie chciałabym, aby cokolwiek zepsuło mi przyjemność czytania „Smilli w labiryntach śniegu”, która zupełnie niespodziewanie wspięła się na szczyt moich ulubionych powieści kryminalnych.

sobota, 9 lutego 2013

Twarze - Tove Ditlevsen


Choroba psychiczna wciąż jest tematem tabu. Na zachodzie robi się różnorakie akcje, aby pozwolić wyjść z cienia osobom, które cierpią na choroby najwrażliwszego organu – mózgu, aby reszta społeczeństwa zrozumiała, że to choroba taka, jak inne, z tym, że często powodująca także poczucie wyizolowania, osamotnienia, niezrozumienia.
Najgorsze jest to, że każdy z nas może praktycznie zachorować, bo nie wszystko można tłumaczyć czynnikiem dziedziczenia, nauka wśród wielu przyczyn chorób psychicznych podaje jedną – idiopatyczną – nieznaną. Smutne jest to, że nie wiedząc, co takie choroby powoduje, można leczyć jedynie skutki, a nie przyczyny.
Tove Diltevsen, słynna duńska poetka i pisarka sama przez całe życie walczyła z chorobą psychiczną, aby po 59 latach poddać się. Zmarła po zażyciu dużej dawki tabletek nasennych.

W „Twarzach” Tove Diltevsen ukazuje nam świat pisarki Lise, która odniosła sukces pisząc książki dla dzieci. Sława i pieniądze nie przyniosły jej szczęścia, w jej domu nie dzieje się dobrze, małżeństwo kompletnie się sypie, z dwójką starszych  dzieci nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Po ogromnym sukcesie ostatniej powieści, tym razem dla dorosłych, przestała pisać. Ten stan trwa już dwa lata. Powoli pisarka otwiera nam drzwi do świata, w którym żyje Lise, świat wyobrażonych twarzy-masek, które ludzie, według niej, kupują lub wypożyczają na różne okazje oraz głosów, które siedzą w rurach i do niej mówią. Czująca ogromną presję i głęboko zraniona Lise, nie potrafi odróżnić świata rzeczywistego od tego wyobrażonego, popełnia więc samobójstwo zażywając tabletki nasenne. Nie chce jednak umrzeć, chce na chwilę uciec od bliskich-obcych jej ludzi i mieć chwilę oddechu, od twarzy, które pojawiają się w jej mieszkaniu i głosów, które ją prześladują...

Straszny i bolesny jest świat Lise. Świat, w którym czuje się przeraźliwie osamotniona i opuszczona przez wszystkie bliskie osoby, które uznaje za wrogów czyniących jej krzywdę. Z drugiej strony – jakże bolesne to być musi dla samych tych bliskich, których każda dobra intencja odbierana jest przez chorą osobę jako atak, zamach na jej niezależność, a niejednokrotnie życie. Ile wysiłku musi kosztować chorą powrót do normalnego świata, zwalczenie własnych demonów lub ich ignorowanie, uwierzenie na nowo bliskim i lekarzom, że nie chcą jej zaszkodzić, a jedynie pomóc.
Licząca sobie tylko 136 stron książka wstrząsa siłą przekazu, chociaż na chwilę pozwala nam wejść w świat myśli i uczuć osoby chorującej na schizofrenię. Poczucie bezsilności, strachu wyziera pomiędzy prostych i szczerych zdań. „Twarze” to powieść, która dotyka czasami bardzo boleśnie. To apel o zrozumienie dla tych pokrzywdzonych przez naturę, naprawdę bardzo cierpiących w swoim świecie zwidów i złudzeń, świecie, w którym granica pomiędzy realnością, a wyobraźnią jest płynna.  Czytając tą książkę nie mogłam opędzić się od myśli, ile własnych doświadczeń wplotła w nią autorka. Czy to było wolanie o pomoc także dla niej samej?

Dobra i niezwykle poruszająca lektura.

_________________

Recenzja pochodzi z Myśli Czytelnika.